Elektryczne szaleństwa, przedłużające się powroty i malarskie obowiązki


Od czego by tym razem zacząć? Ponoć powinno zaczynać się od początku, ale w Bakrang od marca jest tak intensywnie, że powoli nie odróżniam już od siebie poszczególnych dni, a w głowie mieszają mi się terminy kolejnych wydarzeń. Czas ucieka niesamowicie szybko, często nie mamy nawet chwili, żeby wrócić z budowy do domy i w środku dnia zjeść coś normalnego. Gdy tylko świta ruszamy do pracy, a potem niespodziewanie zastaje nas wieczór i zmęczeni marzymy tylko o śnie. I nic nie zapowiada, aby do końca maja, a więc do oficjalnego otwarcia naszej szkoły, cokolwiek miało się zmienić. Tempo pracy jest teraz po prostu szalone. Na pisanie czegokolwiek pozostaje mi niewiele czasu, terminowe ukończenie szkoły jest najważniejsze, a więc tym razem wszystko w dużym skrócie :)

Do 9 kwietnia nasi pracownicy walczyli z wiązaniami na pierwszym budynku szkoły, które były przygotowaniem do kolejne wylewki. Część pracowników kładła w tym czasie także tynki wewnątrz klas znajdujących się na parterze.



Jak zapewne pamiętacie z poprzednich opowieści dotyczących kwestii elektryki - po kilku problemach i drobnej sprzeczce z Harrym, naszym elektrykiem i przyjacielem zarazem, postanowiliśmy dać mu kolejną szansę. Zależało mu przecież na pracy w Bakrang - jego rodzinnej wiosce. A szkoła, którą odbudowujemy, była bowiem szkołą, do której przez wiele lat uczęszczał w dzieciństwie. Nasze miękkie serca podpowiadały nam zatem, iż musimy mu ponownie zaufać i nie możemy odebrać mu szansy wykonania elektryki w miejscu, w którym się wychował. Mną oczywiście miotały wewnętrze wątpliwości, bo odkąd rok temu poznałam Harrego, przeczuwałam możliwość wystąpięnia problemów związanych z jego pracą (mimo, iż lubię go przecież jako człowieka), ale sama także ostatecznie uległam tej decyzji. I dzisiaj myślę, iż był to jeden z naszych większych będów w tym projekcie. Nie ze względu na jakieś braki w elektryce, bo ostatecznie poradziliśmy sobie z problemem, ale ze względu na społeczny aspekt tej całej sytuacji.

Ale tym razem spróbuję zacząć od początku. Wielokrotnie prosiliśmy Harrego, aby na czas pojawiał się w Bakrang. Pracownicy tynkujący parterowe sale czekali, aż połączy ze sobą wszystkie rurki do kabli elektrycznych, tak, aby mogli je ostatecznie zatynkować, a pracownicy przygotowujący się do wylewki czekali, aż przeprowadzi rurki na piętrze budynku i wykuje na nie miejsca w cegłach. Harry wstrzymywał zatem pracę niemalże wszystkich. A obiecał nam przecież, że teraz już będzie przykładał się do swoich obowiązków i ma wystarczającą wiedzę na temat elektryki, którą chcemy pociągnąć w szkole. Wbrew temu wszystkiemy, gdy pojawiał się ostatecznie w Bakrang, nawet nie wiedział za co ma się tak naprawdę zabrać. W rezultacie tynkarze kładli tynk omijając miejsca, w których powinny znaleźć się rurki, co doprowadzało do nierównego tynkowania bądź tynkowania na raty. A jak wiadomo wizualny efekt tego wszystkiego jest po prostu kiepski.

W poniedziałek (06.03) znów udało nam się sprowadzić Harrego do Bakrang i tym razem miał się już naprawdę zajmować wszystkim, co ważne i istotne. Kiedy ja w domu rozpoczęłam moją systematyczną pracę nad dokumentacją i finansami projektu, Maciej tymczasem udał się do szkoły, by kontrolować to, co dzieje się na budowie. Do domu wrócił jednak dość szybko, a złość, którą miał w sobie, po prostu z niego kipiała. Wyglądal tak, jakby z nerwów miał za chwilę eksplodować. W tym momencie zaczęła się seria krzyków i wrzasków, nerwowe chodzenie we wszystkie możliwe strony i walenie pięścią o ścianę. Trudno było mi początkowo w tym szaleńczym słowotoku zrozumieć, co tak naprawdę się wydarzyło.

Okazało się, iż nasi tynkarze w pierwszej parterowej sali zamurowali wszystkie rowki w cegłach, które własnoręcznie, przy pomocy dłuta i młotka, wykuwaliśmy w ścianach specjalnie pod elektrykę. Ktoś ponoć powiedział im, że mają rowki po prostu zamurować (kto? niewiadomo). A że pracownicy w Nepalu zazwyczaj nie myślą nad sensem tego, co robią - tak jak usłyszeli, tak też zrobili. W praktyce oznaczało to, iż w tynku będzie trzeba na nowo wykuwać dziury, mocować rurki i ponownie je tynkować. A tynku nie da się zawsze wymieszać tak samo, w związku z czym nasze ściany zaczęły przypominać mozaikę różnych odcieni kolorów (ale żeby sprostować - to oczywiście standard na wszystkich budowach w Nepalu - sprawdzaliśmy jakość tynkowania wielokrotnie i to w wielu miejscach - zawsze to samo).

Co więcej Harry, który miał pracować nad kwestiami istotnymi przez cały czas przebywał w tym samym pomieszczeniu co tynkarze i o dziwo nie zauważył, że właśnie zatynkowują mu miejsca do wsadzenia rurek. W tym czasie od kilku godzin przeciągał jeden kabel telewizyjny, który na dany moment nie był nam do niczego potrzebny. Do tego miał przyjść z pomocnikami, a pomagała mu na miejscu... jego mama.

Maciej wykrzykiwał więc w domu, że nie wytrzyma, że tak się nie da pracować i że niedługo zwariuje. Błagał mnie jednocześnie, abym poszła na budowę, "coś z nimi wszystkimi zrobiła" i zapanowała nad sytuacją. Trudne zadanie.
Na budowie zobaczyłam oczywiście dokładnie to, co opisał Maciej - tynkarze zamurowali wszystkie rowki, nad którymi ciężko pracowaliśmy. Ale nie to zdenerwowało mnie najbardziej. Przez cały ten czas przyzwyczaiłam się bowiem do dziwnych pomysłów naszych pracowników i zaskakujących sytuacji, które mają tu miejsce. Dużo bardziej zdenerwowała mnie postawa Harrego, który zajmował się czymś, czym zajmować się nie miał i skutecznie wstrzymywał pracę nas wszystkich. Rozpoczęłam z nim więc poważną rozmowę, wprost wyrażając opinie, że jego praca po prostu mi się nie podoba i że nieustannie, od samego początku, nie wywiązuje się ze zobowiązań. I tutaj następuje bardzo ciekawa historia!

Harry stwierdził zatem, że jeśli nie podoba mi się jego praca, to więcej przy szkole nie będzie pracować. Ja tymczasem stwierdziłam, że tak będzie najlepiej, że powinniśmy zatrudnić kogoś innego, gdyż współpracując z Harrym będziemy nieustannie ze sobą walczyć, a ja przecież tego nie chcę.
I uwierzcie mi, że przy mojej osobowości naprawdę trudno wyprowadzić mnie z równowagi. I równie trudno doprowadzić mnie do stanu, w którym krzyczę bez opamiętania, bo kłótni nie lubię i przecież to ja w tym projekcie jestem dobrym policjantem. Ale Harremu jednak się udało. Dwoma zdaniami doprowadził mnie do furii.

Co takiego bowiem powiedział? Ano powiedział, że jeśli go zwolnię, to wstrzyma każdą inną osobę, którą zatrudnię i nikt nie przygotuje nam elektryki. Ale to jeszcze nie wszystko. Powidział także beztrosko, że ta szkoła, to moje marzenie, a on sprawi, że nigdy szkoły nie wybuduję i moje marzenie pozostanie niezrealizowane...

Nie będę nawet opisywać, co od tej pory działo się na budowie i jakimi piorunami rzucałam. Moje krzyki słyszeli chyba wszyscy. W ciągu chwili wokół mnie i Harrego zrobiło się małe zbiegowisko, zupełnie tak, jakbyśmy brali udział w jakims spektaktu. Uważnie obserwowali tę scenę wszyscy pracownicy, dyrektor szkoły i część mieszkańców. Na sam koniec ostentacyjnie zwolniłam Harrego i poszłam do domu po prostu się uspokoić, a tymczasem, zanim jeszcze do domu doszłam, informacja o niecodziennym zajściu na budowie mnie wyprzedziła i w kilka minut rozeszła się po całej wiosce. Wszyscy po drodze zadawali mi więc pytania, co zaszło między mną a Harrym, a ja w tym czasie po prostu nie miałam ochoty rozmawiać.

I właśnie w taki sposób ponownie stanęliśmy przed problemem związanym z elektryką. Na gwałt, na zaraz, na już musieliśmy znaleźć nowego elektryka. Rozpoczęło się więc dzikie wydzwanianie do mężczyzny, który uprzednio zastępował Harrego i z którego, jak na nepalskie warunki, byliśmy naprawdę zadowoleni.

Następnego dnia Maciej musiał pojechać do Kathmandu, aby odebrać naszych znajomych z Polski z lotniska, a ja tymczasem udałam sie do Gorkha, aby pertraktować warunki współpracy właśnie z elektrykiem, który zastępując Harrego, przeciągał rurki na wylewce parterowych sal.
Kolejny już raz przed samą wylewką było nerwowo, ale jednak się udało. Elektryk zgodził się na współpracę  i obiecał pojawić się w Bakrang już następnego dnia, by przygotować wszystko na samą wylewkę, która zbliżała się wielkimi krokami. I na szczęście tak jak obiecał, tak też zrobił. Kamień z serca.

A jeśli chodzi o całą sytuację z Harrym? Oczywiście, że nie żywię już do niego urazy. Wiem, że wszystko, co od niego usłyszałam, powiedział w nerwach i naprawdę tak nie myślał. Bardzo chciał pracować przy szkolnej elektryce, ale nie potrafił przyznać, że sobie z tym zadaniem nie radzi. Wiedział też, że jeśli się wycofa - straci reputację w swojej rodzinnej wiosce.
Dlaczego uważam zatem zatrudnienie Harrego za jeden z naszych większych błędów? Bo gdybyśmy tego nie zrobili, nie doprowadzilibyśmy do tej patowej sytuacji. Nie przyniosło nam to nic dobrego. Pokłóciliśmy się z Harrym, usłyszeliśmy rzeczy, których usłyszeć nie chcieliśmy, a Harry ostatecznie i tak stracił reputację w swojej rodzinnej wiosce. Bo my przecież nie mogliśmy pozwolić na niekompetencję przy pracy nad szkołą, na wystawianie nas do wiatru, bo niemal wszyscy słyszeli naszą kłótnię, kiedy wybuchły emocje, bo po wiosce rozniosła się wieść, że Harry sobie nie poradził i nie jest dobrym elektrykiem. A Harry się obraził i uważa, że to wszystko nasza wina, bo on nie popełnił żadnych błędów.

A nie taki mieliśmy przecież plan. Zatrudniliśmy Harrego, bo Bakrang to jego rodzinny dom. Bo tu się wychował, bo tutaj się uczył, bo wszystkich tutaj zna. Zatrudniliśmy go, bo ma żonę i dwójkę dzieci, bo wynajmuje jedynie mały pokik z kuchnią, w którym wszyscy się gnieżdzą. Zatrudniliśmy go, by dać mu możliwość zarobku. Bo to dobry człowiek, który wraz z Prakashem po trzęsieniu ziemi pokazał Maciejowi Bakrang. I właśnie dlatego kilkukrotnie dawaliśmy mu szanse. Wyszło jednak na to, że powinnam była słuchać swojej intuicji. Ale jak miałam to zrobić bez dania komuś szansy wykazania się? Szczególnie, że Harry od początku chciał z nami pracować i zapewniał nas, iż wszystko wie i ze wszystkim sobie poradzi. Jak to się mówi - miało być dobrze, a wyszło jak zwykle. Jest nam przykro, że taki ciąg zdarzeń miał miejsce na naszej budowie. Mamy tylko nadzieję, że wszyscy szybko zapomną o tej niekomfortowej sytuacji.

Wróćmy jednak do dalszych wydarzeń. W środę (08.03), podczas gdy Maciej odbierał z lotniska Andrzeja i Pawła, ja podlewałam mury szkoły i tynki oraz pracowałam z nowym elektrykiem i jego dwoma pracowanikami nad odpowiednim przeciąganiem rurek i mocowaniem puszek. W czwartek kontynuowaliśmy swoje zadania, a pracownicy dokańczali wszystkie elementy związane z wylewką. Maciej tymczasem przyprowadził do Bakrang Andrzeja i Pawła, którzy przywieźli nam z Polski wiele przyrządów budowlanych, które przydadzą się nam w naszej szkole, a których nie można kupić w Nepalu (np. czujniki ruchu i schodowe wyłączniki światła), po czy wszyscy razem ruszyliśmy do pracy nad kolejną wylewką!






Jak zwykle, zgodnie już z tradycją, wraz z zwiększoną ilością pracowników, wylewaliśmy strop do samego wieczora i skończyliśmy, gdy w Bakrang było zupełnie ciemno. Tym razem musieliśmy zadbać jednak o to, aby strop wylany został z dwu-inczowym spadem. Tak, aby woda z dachu ściekała na tył szkoły, a nie na jej front. I powiemy szczerze, że naszym pracownikom udało się profesjonalnie podejść do tego zadania. Odpowiedni spad został osiągnięty.
Po całym dniu wytężonej pracy, również według tradycji, zjedliśmy posiłek z pracownikami, po czym już w naszym domku spędziliśmy miły wieczór z naszymi gośćmi z Polski, którym bardzo podobała się budowana przez nas szkoła! :) Dziękujemy!





Kolejnego dnia z rana odprawiliśmy Puje (rodzaj hinduistycznego święcenia, modlitwy) z okazji wstawienia okien i drzwi, nastepnie przespacerowaliśmy się z naszymi znajomymi po pobliskich Bakrangach, odprowadziliśmy ich do głównej drogi i wpakowaliśmy w autobus do Pokhary. Dziękujemy za pomoc i odwiedziny!





Z okazji corocznego święta Holi, ktróre hucznie obchodzi się w całym Nepalu poprzez obrzucanie się wodą i kolorowymi proszkami, nasi pracownicy, zgodnie z budowlaną tradycją tego kraju, wyjechali do domów na minimum 10 dni odpoczynku. To taki urlop w naszym rozumieniu, który pracownicy otrzymują dwa razy do roku z okazji ważnych świąt. Na naszej budowie nastąpiła więc ogólna przerwa w pracy. Ale kontraktor wciąż uparcie twierdzi, że wyrobi się z terminem ukończenia szkoły zawartym w umowie. Usilnie staramy się w to wierzyć, chociaż psychicznie przygotowujemy się na opóźnienia oraz to, iż oficjalnie otworzymy szkołę, gdy jeszcze nie będzie w 100% skończona. Oby tak się nie stało, ale za długo już mieszkam w Nepalu, by nie wiedzieć, że tutaj wszystko jest możliwe.
A będąc jeszcze przy temacie Holi - ja oczywiście zostałam obficie wysmarowana kolorami przez nasze dzieciaki. Maciejowi udało się jakoś przed tym uciec. Zabawa z dziećmi jest tutaj zawsze radosna i urocza.


W dniu holi okazało się także, iż nasi pracownicy przed wyjazdem na odpoczynek wyłożyli na wylanym dachu zbyt niski murek z cegieł (to zabieg tymczasowy, umożliwiający zalewanie świeżego dachu wodą, aby zbyt szybko nie wysychał).  Woda przelewala się więc z jednej strony i część dachu pozostawała całkowicie sucha. Musieliśmy więc sami nauczyć się przygotowywać zaprawę i wraz z Prakashem domurowywaliśmy kolejne cegły. Może nie udało nam się zrobić tego jakoś zaskakująco pięknie i perfekcyjnie, ale system zadziałał :)


My za to sami w Bakrang wzięliśmy się do wytężonej pracy. Rozpoczęliśmy od malowania 72 haków do rynny, którą zamocujemy w naszej szkole. Zarówno haki, jak i rynna są naszego własnego projektu - w Nepalu powszechnie nie stosuje się standardowego systemu odpływowego. Haki zostały zatem przygotowane przez ślusarza z płaskowników, a rynna będzie niebawem wykonana z grubej blachy metalowej. Jak się sprawdzi ten system? Zobaczymy. Nie mogliśmy jednak dopuścić, aby naszym dzieciakom woda spływała na głowę. System odpływowy to obowiązkowy element.


Haki zostały przez nas pomalowane 3-krotnie. Dwa razy antyrdzeniową podkładówką i raz farbą kolorową. Przed samym założeniem zostaną pomalowane jeszcze raz na kolor.
Zaraz potem postanowiliśmy rozpocząć odrestaurowywanie szkolnych ławek. Biorąc pod uwagę, iż jest ich aż 70 sztuk (każda po 180cm długości), a czas ucieka coraz szybciej - by zdażyć przed otwarciem szkoły musieliśmy już teraz rozpocząć systematyczną pracę nad doprowadzaniem ich do porządku. A naprawdę jest co robić. Nasze szkolne ławki maja od kilku do kilkunastu lat i w całości są pokryte rdzą.

Początkowo przeprowadziliśmy więc eksperyment na jednej z nich. Przez dwie godziny, przy pomocy gumówki, obczyszczaliśmy ławkę z rdzy, a następnie dwukrotnie pomalowaliśmy ją podkładówką oraz dwukrotnie kolorową farbą. Rezultat przekroczył nasze oczekiwania! Ławka wyglądała zupełnie jak nowa! Pomalowana na piękny fioletowy kolor prezentowała się znakomicie.
Wciąż wydawało nam się jednak, iż 4 - 5 godzinna praca naszej dwójki nad restaurowaniem jednej ławki, to naprawdę nieco zbyt dużo. A gdy pomnożymy to przez 70 sztuk okazuje się, że musimy pracować całymi dniami i to bardzo szybko, aby ze wszystkim się wyrobić. Byliśmy więc zdecydowani na kupno nowych ławek, które będzie trzeba jedynie czterokrotnie pomalować. Gdy jednak udaliśmy się do ślusarza, który przygotowuje ramy do ławek, okazało się, iż nasza kilkunastoletnia, wyczyszczona ławka wygląda zupełnie tak samo jak ławka nowa, a może nawet lepiej, bo na nowych ławkach już gdzieniegdzie prezentowała się rdza. Po co więc przepłacać za kupno nowych ławek i wyrzucać stare, w pełni użyteczne, skoro można je naprawdę pięknie odrestaurować i mieć z tego ogromną satysfakcję? :)



Rozpoczęliśmy więc systematyczne czyszczenie i malowanie kolejnych ławek. Od rana do wieczora, niemal każdego dnia, umazani farbami machamy pędzlami w prawo i w lewo. We dwójkę niestety sami nie dalibyśmy sobie rady. Zatrudniliśmy więc dwóch mieszkańców z Bakrang-5, którzy czyszczą wszystkie ławki, my natomiast stanowimy ekipę od czterokrotnego malowania :) Jest męcząco, na cokolwiek innego brakuje nam czasu, ostatnio przetaczające się przez Bakrang burze i ciągłe problemy z prądem utrudniają nam systematyczne czyszczenie ławek, ale to nic. Czujemy za to wielką satysfakcję, która rośnie z każdą kolejną ławką.


W międzyczasie zamówiliśmy jedynie 35 nowych ławek o krótszym rozwiarze, ponieważ są one niezbędne do komfortowego wyposażenia szkoły (w dłuższych ławkach siedzi po czterech  uczniów, w krótszych będzie ich siedzieć tylko trzech). W sumie mamy zatem do wymalowania 105 ławek, każda po 4 warstwy, co można wyobrazić sobie jak 420 ławek malowanych pojedynczą warstwą! Codziennie zakasamy więc rękawy i ruszamy do obowiązków! :) A tymczasem nasi nowi elektrycy łączą ze sobą rurki w parterowych salach!

Po niespełna tygodniu pracy nad ławkami w sobotę (18.03) wyruszyliśmy wspólnie do Kathmandu. W niedzielę na lotnisku witaliśmy kolejnych znajomych z Polski - Kasię, Tomka i Karolinę, którzy przywieźli nam nowe wyposażenie budowlane - kratki wentylacyjne, metalowe szczotki na wiertarkę do czyszczenia rogów w ławkach, grabie i puszki do kontaktów :) Nasza szkoła będzie naprawdę wyjątkowo nowoczesna!


Z naszymi znajomymi spędziliśmy całą niedzielę, pokazując im najbliższe okolice Kathmandu i przekazując informację, co warto zobaczyć i jak tam dotrzeć. Wieczorem wspólnie zjedliśmy Dhal Bath przygotowany przez Rehę - córkę Pana Rama i spędziliśmy noc w jego domu. 


W poniedziałek z samego rana pożegnaliśmy naszych znajomych i ruszyliśmy do załatwiania spraw związanych ze szkołą. W Kathmandu odkryliśmy całą dzielnicę wypełnioną dziesiątkami hurtowni elektrycznych, w których na pewno zakupimy wszystkie lampy do szkoły. Tutaj mamy znaczny wybór produktów i jest dużo taniej! Dwie najbardziej optymalne lampy przywieźliśmy nawet na próbę do Bakrang, by sprawdzić, która z nich działa lepiej. W Kathmandu udało nam się także kupić wiertarkę - dobrej jakości i z gwarancją użytkowania. To, co chcieli nam sprzedać w Gorkha ledwo trzymało się kupy i nie miało gwarancji - jeśli po dwóch dniach coś się zepsuje, to problem klienta, a nie sprzedawcy.

We wtorek późnym popołudniem dotarliśmy do Gorkha i zleciliśmy u ślusarza wykonanie metalowego włazu do wyjścia na dach szkoły. W środę chcieliśmy już tylko zakupić siedem różnych kolorów farb do metalu, aby pięknie pomalować ławki (każda sala będzie miała ławki w innym kolorze, nasze dzieci są tym podekscytowane, nie mogą się doczekać i dopytują się, jaki w ich klasie przypadnie kolor - bardzo nas to cieszy, gdyż do tej pory siedziały w smutnych ławkach o kolorze rdzy). Oczywiście okazało się, że w całej Gorkha można dostać jedynie trzy najbardziej popularne kolory farb do metalu, a w tym niedopuszczalny dla nas kolor czarny i brazowy.  Zmuszeni byliśmy zatem jeszcze tego samego dnia wskoczyć w autobus, pojechać w 3-godzinną podróż do Pokhary, gdzie pracuje największy diler farb w okolicy, kupić 42 litry w przeróżnych kolorach i już niemalże nocą, z farbami w plecakach, wrócić do Gorkha. Następnego dnia, korzystając z okazji, nadzorowaliśmy wykonanie włazu do wyjścia na dach, po czym wreszcie dotarliśmy do Bakrang!



Kiedy my wyjechaliśmy do Kathmandu - do Bakrang wróciło 7 pracowników odpowiedzialnych za tynkowanie. Dwie pierwsze parterowe sale są już wytynkowane zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz od strony frontu szkoły. Budynek zaczyna wyglądać naprawdę coraz lepiej! W całej szkole zostały także zamontowane niemal wszystkie ramy do okien i drzwi (wciąż niekiedy prosimy jeszcze Prakasha, aby przemyślał, czy rodzice, nauczyciele i mieszkańcy wioski nie chcą w ramach zamontować szyb zamiast tradycyjnych sklejek - może jeszcze ich przekonamy do tego pomysłu). Pracownicy odpowiedzialni za przygotowywanie kolejnej, ostatniej już wylewki wciąż jeszcze nie wrócili z wakacji. My oczywiście czekamy na nich z ogromną niecierpliwością :)



Po powrocie z Kathmandu zabraliśmy się od razu do naszej farbianej pracy - kontynuujemy malowanie ławek I tak już od ponad tygodnia. Powoli zaczyna przypominać to małą wytwórnię kolorowych ławek.
Końca tego zadania oczywiście jeszcze długo nie będzie widać, ale staramy się pracować najefektywniej, jak tylko potrafimy. Od rana do wieczora praca wre! Wciąż w Bakrang mamy jednak problemy z prądem, które utrudniają czyszczenie ławek. I zamiast być coraz lepiej - jest coraz gorzej. Prądu nie ma niekiedy całymi dniami, a jak już wraca - to raz jest, a raz go nie ma. Zupełnie tak, jakby dzieci opanowały elektrownię i bawiły się tam na całego.


Dwójka pracowników z sąsiedniej wioski, która pomagała nam czyścić ławki, po dwóch dniach pracy zrezygnowała z tego zadania. Udało nam się znaleźć zatem innego pracownika, który drugiego dnia po prostu nie przyszedł do pracy i nawet nie poinformował nas, że pracować więcej nie chce. I uwierzcie mi, znalezienie we wszystkich Bakrangach kogoś chętnego do pracy, to jak szukanie igły w stogu siana. Wszyscy narzekają na bezrobocie i biedę, ale gdy dostają okazję do zarobku - chętnych brak. Nikomu po prostu nie chce się pracować 8 godzin dziennie (a w zasadzie 7, bo z godzinną przerwą na jedzenie). Naprawdę przestaję się już dziwić, że większość osób otwierających jakiekolwiek biznesy (firmy budowlane, restauracje) zatrudnia nie lokalnych mieszkańców, a ludzi z południa Nepalu. Tam jest duże zagęszczenie ludności (płaskie tereny), w związku z tym także niewystarczająca ilość etatów. Wszyscy chcą więc pracować, zredukować biedę własnych rodzin i za pracą jeżdżą po całym Nepalu.

Obecnie na szczęście znów mamy wsparcie - pomaga nam przesympatyczny pan z Bakrang-6. Taki, co to zawsze rwał się do pomocy jeśli chodziło o szkołę :) I wszystko byłoby naprawdę wspaniale, gdyby tylko nie ten szalony prąd! No i może jeszcze gdyby nie te niemal codzienne burze i deszcze, które przechodzą nad naszą wioską. Tegoroczny klimat Nepalu jest zupełnie odmienny od tego, którego doświadczaliśmy podczas zeszłego pobytu. Dla naszej budowy jest to oczywiście bardzo niekorzystne. Bo jak traktory mają do nas dojechać w trakcie deszczów, kiedy woda zamienia drogę w grząskie bagna? I niby jak pracownicy mają przygotowywać szalunki do wylewki? Pogodo, bądź bardziej łaskawa!

Jak wiecie, długo czekaliśmy na naszych pracowników, których urlopy znacznie się przedłużały. Kontraktor nieustannie powtarzał, że wszyscy lada moment wrócą, że już "jutro" będą w Bakrang, ale oczywiście przez kolejne dni nic się w tej kwestii nie zmieniało. 10 dniowy urlop najpierw zamienił się w dwa tygodnie, a następnie przekroczył tygodni trzy! Na sam koniec marca zrobiło się więc u nas naprawdę nerwowo. Budowa stała w miejscu, a czas uciekał. W naszych głowach narastały wizje, że jak tak dalej pójdzie, to nie uda nam się ukończyć szkoły na czas. A przecież, co jak co, na tym akurat piekielnie nam zależy! Doszło więc już prawie do wojny między nami a kontraktorem. Ten ostatecznie przeprosił, obiecał że nazajutrz wróci pięciu pracowników, a dzień później pojawi się kolejnych pięciu. Oczywiście, jak łatwo się domyśleć, dziesięciu pracowników w Bakrang do tej pory się nie pojawiło. Wróciło ich tylko czterech, ale wciąż to jesteśmy w stanie tolerować, ponieważ pracownicy zajmujący się tynkowaniem oderwali się od swojego obowiązku i pomagają pozostałej czwórce przygotowywać szalunki do ostatniej wylewki. Łącznie nad wylewką pracuje zatem 11 osób i znów w Bakrang każdego dnia widać rezultaty pracy.
Być może już za tydzień będziemy wylewać!





Na dokladke jeszcze informacja z dnia dzisiejszego - reszta naszych pracownikow wciaz nie wrocila... sytuacja stala sie tak napieta, iz ostatecznie doszlo do "wojny" miedzy nami a kontraktorem. Bo jak dlugo mozna byc zwodzonym? Jak dlugo mozna wysluchiwac nieprawdziwych informacji o tym, iz pracownicy kazdego dnia sa "w drodze". Tynkowanie mialo toczyc sie rownolegle do przygotowywania wylewki, wiec jak dlugo mozemy tolerowac wstrzymywanie pracy, na ktora zostalo coraz mniej czasu? Nie lubimy, gdy ktos nie jest wobec nas uczciwy. Gdy ktos nie szanuje naszej pracy. Bylo zatem bardzo nerwowo i nieprzyjemnie. Dzis jestesmy w Gorkha przygotowujac rure odplywowa na dach i z niecierpliwoscia czekamy na dalszy bieg wydarzen. 





Na sam koniec jeszcze kilka ważnych informacji!
Prakash - nasz przyjaciel i do tej pory wicedyrektor szkoły w Bakrang - awansował na stanowisko dyrektora! Prakash to jedyny Nepalczyk tak bardzo zaangażowany w budowę szkoły, bez niego nasz projekt na pewno nigdy by się nie udał. Od samego początku jest dla nas w Nepalu największym wsparciem i zawsze mogliśmy na niego liczyć. Dzieci go uwielbiają i wszyscy podziwiają jego pracę. To jedyna słuszna osoba na tym stanowisku. Jesteśmy niezwykle dumni i cieszymy się z tej zmiany! Teraz szkoła w Bakrang będzie już tylko rosnąć w siłę! :)

Zupełnie niespodziewanie (jak zwykle zresztą w Nepalu) dowiedzieliśmy się także, iż nasza szkoła otrzyma od rządu nepalskiego fundusze na wybudowanie kolejnego budynku. To forma rządowego wsparcia po trzęsieniu ziemi. Parterowy budynek stanie tuż koło naszego, po jego prawej stronie i będzie zawierał w sobie cztery niewielkie sale w kształcie litery "C". Zostanie wybudowany również na filarch żelbetonowych.

Długo zastanawialiśmy się, dlaczego nikt nam o tym wcześniej nie powiedział? Przecież wioska mogła wykorzystać nasz projekt drugiego budynku, na który jako organizacja nie mieliśmy już funduszy. Ale zdobyliśmy na niego przecież wszystkie pozwolenia! Budynek pasowałby do naszego i wszystko zostałoby zachowane w tej samej koncepcji. Okazało się, iż szkoła może uzyskać fundusze od rządu tylko wtedy, jeśli zdecyduje się zrealizować projekt przygotowany przez sam rząd i nie może do niego wprowadzić żadnych zmian.
Wciąż nie rozumiemy jednak, dlaczego nikt nam wcześniej nie powiedział o funduszach i nowym budynku. Gdybyśmy wiedzieli - przesunęlibyśmy nasz budynek nieco w lewo, nie zostawiając tam miejsca na budynek z naszego projektu, na który są już pozwolenia. A w tej sytuacji rządowy budynek będzie musiał zostać wciśnięty w małą przestrzeń po prawej stronie.  No cóż, w Nepalu dziwnym trafem nie informuje się innych o istotnych kwestiach. Wszystkiego zawsze dowiadujemy się przez przypadek.

Mimo to ogromnie cieszymy się, iż szkoła otrzyma od rządu dodatkowy budynek. W końcu to my mieliśmy takowy wybudować, ale kryzys ekonomiczny w Nepalu, zmiany prawa budowlanego i długie oczekiwanie na pozwolenie pokrzyżowały nasze plany. Nie dysponowaliśmy funduszami, które pozwalałyby nam na podjęcie decyzji o budowie kolejnych czterech sal, choć własnie o tym od początku marzyliśmy. Ale szkoła je otrzyma i to naprawdę dobra wiadomość. Dzieci na to zasługują. To też bardzo dobry powód, aby wymalować naszej szkole wszystkie stare ławki. Dzieci będą mogły ich używać we wszystkich budynkach :)


Pozdrawiamy Was serdecznie!

Komentarze

Popularne posty