Poziom "0" wylany, a mury rosną!


Drodzy,

Choć Sylwester i pierwszy dzień Nowego Roku już za nami i większość z Was w natłoku codziennych obowiązków zapewne dawno o nich zapomniała - my jeszcze raz chcemy życzyć Wam wszystkiego co najlepsze! A sobie oczywiście życzymy... wybudowania szkoły w Bakrang-6! :)

Uwierzcie, u nas naprawdę dużo się dzieje. Nie ma nawet czasu na napisanie czegoś dłuższego. Tym razem wszystko zatem w skrócie.

Jak już wiecie, jeszcze w starym roku, tuż po zasypaniu dołów ziemią, pracownicy rozpoczęli przygotowywanie wiózań górnych. Był to proces stosunkowo niekrótki, ze względu na ogrom pracy, który trzeba w niego włożyć. Pomiędzy każdymi dwoma filarami na wiązaniach z 9 prętów znajduje się aż 29 obręczy, a każdą z nich trzeba silnie związać w minimum 6 miejscach. Początkowo więc pracownicy ukończyli wiązania górne na jednym z budynków (nasza szkoła w rzeczywistości podzielona jest na dwa zamknięte, niezależne od siebie budynki, które dzieli 10-cio centymetrowa luka. Stanowi to wymóg tutejszego prawa budowlanego - zbyt długie budynki są bardziej narażone na skutki wstrząsów sejsmicznych). Następnie wyłożyli tę przestrzeń kamieniami i właśnie wtedy zaalarmowano nas, że ilość dużych kamieni, którą posiadamy w Bakrang, nie jest wystarczająca. Zastanawialiśmy się więc długo, co w tej sytuacji zrobić? Przywiezienie tak potężnej ilości kamieni jest niezwykle kosztowne i na pewno nas na to nie stać. Co teraz, co teraz? Podsypać na środku posadzkę ziemią, by zmniejszyć ilość kamieni? Nie, to obniży wytrzymałość budynku. A my przeciez musimy zjechać na jeden dzień do Indii, by przedłużyć wizy! Przy czym zjechać na jeden dzień w warunkach nepalskich oznacza 4-dniową wyprawę.



Sylwestra spędzaliśmy więc dwojąc się i trojąc, co zrobić z tymi cholernymi kamieniami. Oprócz tego doglądaliśmy, jak idzie przygotowywanie wiązań. Czy aby na pewno dobra wysokość? Czy aby na pewno wszystko wystarczająco silne? Zabraliśmy się też za naprawę taczki... i tu historia z cyklu absurdów na nepalskiej budowie. Jakość niemal wszystkiego w tym kraju jest naprawdę kiepska, żeby nie powiedzieć tragiczna. Żaden produkt nie ma gwarancji, w związku z czym żadnego produktu nie można reklamować ani zwrócić. Producenci i sprzedawcy czują się bezkarni i w sklepach można zakupić same buble. A wielokrotnie zakupić je trzeba, no bo jak bez nich funkcjonować? Na przykład taka taczka... urządzenie nieskomplikowane, łatwe w użyciu i do tego tak bardzo usprawnia pracę. A szczególnie w Bakrang, na tak dużej budowie.

Oczywiście, nie łudźmy się, taczki w Nepalu nie używa się często. I to nie ze zwględu na jej tragiczną jakość, ale jakieś mentalno-edukacyjne ograniczenie mieszkańców i nazbyt wysokie przywiązanie do metalowych, małych miseczek, w których podaje się między sobą piasek czy gotową zaprawę (swoją drogą przez chwilę wyobraziłam sobie taką scenę na naszej budowie - 600m2 powierzchni, a 10 pracowników stoi w lini i podają sobie zaprawę z jednego końca na drugi w tych miseczkach, jakby od zupy, w których mieści się tyle co kot napłakał - jak to dobrze, że moje wyobrażenie nie stało się rzeczywistością).

Na szczęście w Bakrang używamy kilku taczek, które już po trzech dniach pracy zaczęły się rozpadać, a po miesiącu wyglądały tak, jakby służyły komuś przez lat sto. A my z Maciejem wciąż kupujemy nowe łożyska, nowe opony i naprawiamy je aż do momentu, gdy zamienią się w próchno i całkowicie się rozpadną. I wtedy pozostanie nam już tylko wyprawić im pogrzeb. I to taki skromny, bo przecież nie będziemy mogli nawet powiedzieć, że dobrze się spisały. A tak na marginesie, w momencie gdy taczka się psuje, pracownicy nie wpadną na pomysł, by samodzielnie ją naprawić - bo po co ułatwiać sobie życie. Lepiej używać tych miseczek "od zupy".

No i właśnie w sylwestra kolejny już raz naprawialiśmy jedną z taczek. Z niemałym trudem oczywiście. Pukaliśmy, stukaliśmy, wiązaliśmy metalowym drutem z każdej strony... i udało się. Taczka w miarę prosta, koło się kręciło, może na trzy dni starczy. Zrobiliśmy małą próbę, potoczyliśmy taczkę w przód i w tyły. Działa. Zdążyłam tylko otrzepać ręce, powiedzieć w żarcie, że "wygląda jak nowa" i na sekundę odwrócić wzrok, gdy usłyszeliśmy jakieś zgrzytanie. To jeden z pracowników wskoczył do taczki, a drugi zaczą go w niej wpychać pod górę łupnia. No i taczka znów się rozwaliła, bo niby jak miała wytrzymać, z jednej strony, taki napór, a z drugiej taki opór? Nie mieliśmy już nawet siły się złościć. Gorzej niż z dziećmi...

 W sylwestrowy wieczór ostatni raz poinstruowaliśmy pracowników w kwestii budowy, zabezpieczyliśmy Prakasha w drobną sumę pieniędzy na wypadek niezaplanowanych potrzeb (a takie wciąż w Nepalu się zdarzają, nawet jak próbuję je przewidzieć do przodu - bo przecież Nepalczycy o przyszłości raczej nie myślą), wykonaliśmy kilka telefonów do Polski i już 01.01.2017r. opuściliśmy Bakrang, by wrócić tuż przed wylewką poziomu zero.


Oczywiście dotarcie do granicy indyjskiej nie było takie proste, jak przypuszczaliśmy. Mieliśmy być tam już wieczorem, a tymczasem cały dzień przebijaliśmy się do Chitwan (mniej więcej połowa drogi), bo Nepalczycy remontują jezdnię w górskim terenie. Rozbijane kamienie lecą lawiną z góry w dół i ruch jest po prostu wstrzymywany.

W Chitwan, nie mając wyboru, zatrzymaliśmy się na noc w najtańszym hotelu (całe 12 złotych za dwie osoby). I tym razem historia, która po prostu czasem w Azji się zdarza. Trzeba z nią usilnie walczyć, można się na nią uprzednio przygotować, ale przyjemna nigdy nie będzie. W Chitwan następuje właśnie ten moment, kiedy młody Nepalczyk zaczyna się do mnie dobierać! Już chwilę wcześnie słyszałam uwagi, jak to zaskakująco jestem piękna, ale gdy tłumaczę mu na korytarzu, że w pokoju z sufitu kapie woda, czuję jak się do mnie zbliża i przekracza tę ściśle strzeżoną granicę intymności. Zwierzęco świecą mu się oczy, tak jak wilkowi w ciemnościach lasu, coś tam sapie pod nosem głęboko dysząc i dotyka moich pośladków (a w zasadzie lekko muska spodnie na jednym pośladku, bo, wielce zaskoczony, nic więcej nie zdążył zrobić). Zaczynam krzyczeć, odpychać go, a w akcie furii okładać pięściami po głowie. Przerażony zasłania się rękoma, nawet się nie broni, tylko krzyczy, że bardzo przeprasza, że to pomyłka i bezczelnie nazywa mnie siostrą. Kuli się pod naporem moich pięści i zaczyna uciekać. Daleko nie zdążył jednak wybiec, bo oto z łazienki wypada zszokowany Maciej, który nie do końca wie, co się właśnie stało (w dodatku jest akurat niedziela, a on tego dnia nie mówi, więc nie za bardzo może się o cokolwiek zapytać, a gdyby nawet, to ja nie za bardzo mam czas na jakiekolwiek wyjaśnienia, bo przecież właśnie krzyczę i okładam kogoś pięściami). Ale szybko domyśla się, co zaszło i w furii (też jakby zwierzęco, choć raczej jak wściekły pies, tylko bez piany z pyska) łapie w jedną dłoń Nepalczyka i potem widzę już tylko jak jego ciało ląduje bezwładnie, z impetem na ścianie i nim zdąrzy uciec dostaje jeszcze solidnego kopniaka. W co? Już nie pamiętam.

I co więcej mogę powiedzieć? Są to sytuacje naprawdę niemiłe, a tych wzburzonych, wewnętrznych uczuć nawet do końca nie da się nazwać ani opisać. Bo oto od tego momentu przez kilka dni patrzy się niechętnie na wszystkich spotkanych mężczyzn i potrzeba czasu, by znów o tym zapomnieć. No i sam fakt, że kobieta musi kogoś okładać pięściami, by nie pozwolić mu na więcej... to był chyba mój pierwszy nokaut w życiu.

Przy czym Nepal to pod tym względem naprawdę bezpieczne miejsce. W ciągu 9 miesięcy mojego pobytu to pierwsza taka sytuacja i sama byłam nią zdziwiona. Porównawczo - w ciągu 4 tygodni pobytu w Indiach zdarzyło mi się to aż kilka razy. I tutaj mój apel do wszystkich kobiet - jeśli kiedykolwiek będziecie w Azji (piszę o Azji, ale jakoś instynktownie myślę o Indiach) i staniecie się ofiarą takiej sytuacji - reagujcie! Nigdy nie pozostawajcie obojętne. Alarmujcie krzykiem okolice. Takie sytuacje zdarzały się, zdarzają się i będą się zdarzać (kobieta o jasnej karnacji jest jakimś dziwnie łakomym kąskiem, a szczególnie, gdy ma duże piersi - zawsze wiedziałam, że to pewnego rodzaju przekleństwo), ale gdy będziecie reagować, mężczyzna nie odbierze waszej postawy jako pewnego rodzaju przyzwolenia. Reagujcie nawet, gdy ktoś niby niewinnie muśnie wasze ciało. Czy jest to działanie przypadkowe czy celowe - naprawdę da się to łatwo rozróżnić, instynktownie wyczuć. Nie bójcie się i nie czujcie wstydu. Nawet jeśli się pomylicie i osądzicie mężczyznę, który dotknął was przypadkowo (chociaż jakoś w tę przypadkowość dziwnym trafem nie wierzę) to macie prawo do ochrony własnej cielesności. I to by było chyba na tyle, jeśli chodzi o mój wykład.

My ostatecznie następnego dnia dotarliśmy do granicy indyjsko-nepalskiej (Sunauli). Chcieliśmy przekroczyć granicę i za godzinę wrócić, ale celnicy nie wyrazili zgody. Nasza wiza traciła ważność 3 stycznia i oznajmili, że nową możemy dostać dopiero 4 (a my przecież specjalnie wyruszyliśmy dwa dni wcześniej, tak na wszelki wypadek, gdyby po drodze coś się miało wydarzyć - a jak wiemy, takie sytuacje w Nepalu mają miejsce, oj tak)! Lekko rozczarowani przemiściliśmy się więc do oddalonego o 30 kilometrów Lumbini - miejscowości, w której narodził się Budda (to jedno z czterech najważniejszych miejsc dla wyznawców buddyzmu, do którego każdego roku docierają liczni pielgrzymi). Tam przyglądaliśmy się wspólnym modlitwom setek Buddystów i obejrzeliśmy kilka z kilkunastu wzniesionych tam klasztorów (każdy wybudowany przez inne państwo powiązane z buddyzmem). Sami spędziliśmy noc w klasztorze koreańskim - w cenie 500 rupii (20 złotych) od osoby ma się zapewnione zakwaterowanie w prostym, czteroosobowym pokoju oraz trzy posiłki! Oczywiście za każdym razem ryż, ale za to do syta. Do tego dwa razy dziennie można wziąć udział w buddyjskich praktykach religijnych badź po prostu je poobserwować. Naprawdę warto!





03.01. wstaliśmy o 5:30 nad ranem, gdyż o 6:00 serwowane było już śniadanie. Potem przez pół dnia zwiedzaliśmy pozostałe klasztory, a naprawdę jest co oglądać! To urocze miejsce godne polecenia na 2-dniową wycieczkę (koniecznie z noclegiem w klasztorze koreańskim). Lumbini ma coś w sobie (choć jest typowo nepalskie - dużo brudu i niektóre elementy są jakby zupełnie bez ładu i składu).





Późnym popołudniem znów dotarliśmy do granicy, sprawnie ją przekroczyliśmy i zostaliśmy zmuszeni do spędzenia nocy w obskórnym, wigotnym pokoju z wybitymi szybami i to za zbyt wygórowaną cenę! Nie wiem też jak to jest, ale wystarczy tylko przekroczyć granicę Indii, przejść się kilka kroków dalej i już czuć w powietrzu jakiś dziwny, nieujarzmiony pierwiastek seksualności mężczyzn. Są bardziej nachalni w swoich spojrzeniach, cielesnych reakcjach. Za każdym razem czuję się osaczona przez ich "zwierzęce",  "pierwotne" instynkty (wybaczcie mi brak poprawności politycznej, ale po prostu tak mi się to kojarzy). I zawsze mam się tutaj na baczności, nie przestaję być czujna (bo jak nie być czujną skoro nawet indyjski celnik w Immigration Office komentuje moją urodę i razem z kolegami świdruje mnie całą wzrokiem tak, że aż ciało piecze i trudno na to nie zwracać uwagi). I w końcu otwarcie i głośno stwierdza, że Maciej jest szczęściarzem skoro ma mnie obok siebie, na co on próbuje zmienić tok rozmowy i mówi coś o mojej inteligencji, ale gdzie tam. Cóż ich obchodzi moja inteligencja, skoro na inteligencję się popatrzeć nie można, a i dotknąć też by się jej nie dało. W tej kwestii między Nepalem a Indiami widać naprawdę kolosalną różnicę. Nie wiem co prawda, co tam Nepalczycy myślą w swoich głowach, ale gdyby nawet myśli były zbereźne i nachalne, to nie okazują tego na zewnątrz (choć pamiętam jedną sytuację z zeszłego roku, kiedy to pewien Nepalczyk w Pokharze zapytał się Macieja - oczywiście, gdy nie było mnie w pobliżu - czy może mnie wypożyczyć na jedną noc i ile miałby mu za to zapłacić. O ironio losu!)

W środę (04.01) z samego rana znów przekroczyliśmy granicę (tyle, że w odwrotnym kierunku), otrzymaliśmy wizę na trzy miesiące pobytu w Nepalu i po całym dniu spędzonym w autobusach późnym wieczorem znów byliśmy w Bakrang (a tak w kwestii podróży - pytamy się w miejscu sprzedaży biletów o której godzinie odjeżdża autobus. Odpowiedź brzmi: o 14:00. Potulnie więc pakujemy się w rozklekotany pojazd o wskazanej godzinie, przejeżdżamy 200 metrów, po czym stajemy. Ruszymy ponownie o 15:00, bo droga jest zablokowana. Wszyscy wiedzieli o blokadzie, więc po co wypuścili autobus? Po to, żeby przejechał 200 metrów? Żeby było śmieszniej - autobus z godziny 13:00 też puścili, żeby sobie gdzieś postał, bo droga otwarta od 15:00. Logikę w tym kraju naprawdę trudno znaleźć. Szukam jej od 9 miesięcy i znaleźć nie mogę. I nie wiedzę nawet cienia szansy na to, że przez kolejnych 5 miesięcy ją znajdę :))

Gdy późnym wieczorem dotarliśmy do Bakrang - z marszu, jeszcze cali spoceni po wspinaczce w górę, zajrzeliśmy na budowę (bo strach nas pożerał, czy wszystko będzie dobrze wykonane pod naszą nieobecność). I miło się zaskoczyliśmy - wszystkie wiązania elegancko zamontowane, kamienie równo poukładane i umyte na całej powierzchni (już gdy byliśmy w Lumbini Prakash poinformował nas, że problemu z kamieniami jednak nie będzie, bo w Bakrang jakimś trafem jest ich nawet więcej niż potrzebujemy), a szalunki założone nawet w miarę prosto. Na budowie stała już potężna betoniarka, a my zajrzeliśmy do pracowników, podziękowaliśmy im, powiedzieliśmy, że zrobili kawał dobrej roboty i tak zakończyliśmy dzień.

W czwartek czekało na nas duże wyzwanie - wreszcie wylewanie poziomu zero szkoły. Wczesna pobudka i już jesteśmy na budowie wraz z niespełna 30 pracownikami, którzy dojechali do nas specjalnie na ten dzień (posadzka musi być w całości wylana za jednym razem). Wszyscy czuliśmy się podekscytowani, a gdy jeden z pracowników głośno gwizdnął i na ten znak ruszyliśmy do pracy - serce urosło z radości. Najpierw z Maciejem sprawdzaliśmy odległości między wiązaniami a kamieniami i szalunkami oraz poprawialiśmy ewentualne błędy. Następnie kontrolowaliśmy siłę wiązań i gdzieniegdzie poprawialiśmy ich mocowanie.


 A potem... potem betoniarka wydała z siebie pierwszy, donośny dzwięk i rozpoczęło się zalewanie - najpierw wiązań, potem wszystkich pozostałych części. I tak aż do godziny 23:00! Krajobraz na naszej budowie systematycznie ulegał zmianie, a ja... ja byłam jedyną kobietą pracującą wśród "bandy" mężczyzn. I tak jest w zasadzie odkąd tylko się tu pojawiłam w listopadzie 2015 roku. Myślę, że to wciąż dla Nepalczyków duży szok kulturowy. Nie dość, że pracuję z mężczyznami, to jeszcze ja - 25 letnia kobieta -  w tutejszej kulturze patriarchalnej poprawiam ich błędy i mówię im, jak mają wykonywać swoje zadania. Prawdopodobnie świat staną dla nich na głowie. Na szczęście wszyscy się już do tego przyzwyczaili (choć niekiedy wciąż wzbudzam sensację - ostatnio jeden z nauczycieli dopytywał się mnie, dlaczego wbrew naturze wykonuję takie niekobiece czynności - tłumaczyłam mu oczywiście, że na zachodzie rozróżniamy płeć biologiczną i kulturową, które nie zawsze się ze sobą pokrywają i kobiety nie potrzebują do wszystkiego mężczyzn, ale chyba nie zrozumiał. Co też jest bardzo ciekawe, bo przecież w Nepalu wiele kobiet pracuje jako pomoc na budowie - noszą cement, piasek, kamienie, ciężko pracują fizycznie. Ale się nie wtrącają i nie mają nic do powiedzenia. Dlatego jako kobieta dyrygent jestem tak wielką nowością w tym kraju). Tak czy inaczej, już dawno doszliśmy do momentu, kiedy wszyscy oczekują mojej obecności na budowie i wszyscy lubią ze mną pracować. Co więcej, dużo bardziej wolą pracować ze mną niż z Maciejem. Ale tak to już jest, że ktoś musi pełnić rolę złego policjanta :)






Na czas wylewania poziomu "zero" do Bakrang przyjechały także dwie żony naszego wykonawcy (tak, tak, w Nepalu mężczyzna może mieć dwie żony; nie jest to jakaś częsta praktyka, ale znamy już co najmniej kilku takich mężczyzn). Jego żony mieszkają w jednym domu, lubią się i mają ze sobą dobry kontakt. Tyle, że męża dzielą na pół. Ale może w ich mniemaniu lepsze pół niż nic? Poza tym - raz jeszcze - kobiety nie mają nic do powiedzenia. Nikt nie zadaje im pytania "szanowna małżonko, chciałbym poslubić jeszcze jedną kobietę, czy uprzejmie wyrazisz na to zgodę?". Muszą więc zatem pogodzić się z faktem dokonanym i zostać przy mężu i nie kaprysić, albo wedle życzenia odejść (co nie jest oczywiście mile widziane - to taka wolna wola w teorii, niby jest, ale jednocześnie jej brak).

Żony kontraktora urządziły w Bakrang wielkie gotowanie, aby wykarmić minimum czterdzieści szalenie wygłodniałych osób przez cały dzień. Pojawiły się więc wielkie garnki i wielkie ilości ryżu. Było naprawdę przepysznie!




Po zakończeniu wylewania wszyscy sobie podziękowaliśmy za wyczerpującą pracę, posiedzieliśmy jeszcze trochę z pracownikami przy palącym się ogniu, by uczcić sukces i poszliśmy spać.

W tym miejscu pragnę, abyście zapoznali się z dotychczasowym zestawieniem finansów.
Całościowe wykonanie poziomu "0" (z wyciągnięciem prętów metalowych na wysokość zamknięcia parteru) kosztowało nas 110,032.4zł.

W kwocie tej zawarło się:
1. Łupień - 26 traktorów (71,5m3) za łączną kwotę 5,447.6zł
2. Opłaty za przejazd traktorów z łupniem przez drogę państwową - 175.24zł
3. Piasek - 29 traktorów (87m3) za łączną kwotę 5,634.4zł
4. Cegły - 6 traktorów (12000 cegieł) za łączną kwotę 6,628.56zł
5. Cement - 520 worków (26 ton) za łączną kwotę 15,883.8zł
6. Pręty metalowe
a)Fi20 - 1,273 kilometra (3159,17kg) za łączną kwotę 8,304zł
b)Fi16 - 3,054km (4857,31kg) za łączną kwotę 12,848zł
c)Fi12 - 1,330km (1184,5kg) za łączną kwotę 3,390.28zł
d)Fi10 - 342.74m (212,5kg) za łączną kwotę 647.6zł
e)Fi8 - 5,539km (2215,83kg) za łączną kwotę 6,173.6zł
Nasz poziom "0" zawiera w sobie aż 11,542km! Możecie w to uwierzyć? To prawie jak dystans drogi przez pół miasta :)
7. Cienki drut do wiązania prętów - 116,6kg za łączną kwotę 474.32zł
8. Transport wszystkich materiałów do Bakrang - 64 traktory (czyli jak 10 olbrzymich tirów) za łączną kwotę 9,752.4zł
9. Wynagrodzenie dla wykonawcy - łączna kwota 22,857.2zł
10. Premie dla pracowników - łączna kwota 266.68zł
11. Pozostałe koszty (przeróżnej maści, jak np. ładowanie towaru na traktory, gwoździe, kable elektryczne, liny, biały cement, węże ogrodowe, miary, naprawy taczek itp.) - za łączną kwotę 3,548.72zł
12. Koszty poniesione na budowę w okresie 04-05.2016r. (wynagrodzenie dla pracowników, sprzęt budowlany - m.in. taczki, łopaty, kilofy, itp., pręty metalowe na małe filary, cement, transport) - za łączną kwotę 8,000zł







W piątek (06.01)  nastąpił dzień odpoczynku. Pracownicy udali się do jednej z ważniejszych świątyń, zlokalizowanej w Mankamana, a my rozpoczęliśmy podlewanie wodą naszej nowej posadzki. Oczywiście chcielibyśmy, aby poziom zero był wylany jeszcze lepiej (gdzieniegdzie ujawniły się nierówności), ale jak się wielokrotnie już przekonaliśmy, tego w Nepalu osiągnąć się nie da. Nie ważne jak się staramy - prosimy, nalegamy, instruujemy czy wywołujemy awantury - umiejętności budowania są tutaj po prostu na dużo niższym poziomie i pewne elementy wydają się dla Nepalczyków nie do przeskoczenia. Ale najważniejsze, że wszystko zostało zalane i wszystko jest silne. Na posadzkę i tak w późniejszym okresie zostanie wylane wykończenie o wysokości kilku centymetrów. Swoją drogą dzięki naszej obecności w Bakrang i tak unikamy wielu powszechnie dokonywanych tutaj błędów.



Dwa dni po wyladniu poziomu "zero" rozpoczęliśmy ustawianie szalunków i zalewanie filarów zaprawą. W ciągu kolejnych dwóch dni wylaliśmy 8 sztuk, a także zakupiliśmy 10 traktorów cegieł. Kontrolowaliśmy oczywiście przede wszystkim, czy filary wylewane są prosto, bo z "prosto" w Nepalu bywa różnie. No i tradycyjnie podlewaliśmy wodą wszystko, co wymagało podlewania.



Nieustannie coś mnie jednak na naszej budowie zaskakuje i z zaciekawieniem, a nawet z przerażeniem obserwuję pewne absurdy. Tak jak w niedzielę (08.01), trzy dni od wylania poziomu "zero", kiedy to pojawiłam się na budowie, by monitorować zalewanie filarów, i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam, że kontraktor postanowił czyścić łupień z piasku na samym środku posadzki! Naszej świeżej jeszcze posadzki! Ale od początku. Dwa traktory z łupniem, które do nas przyjechały, były naprawdę okropnej jakości. Obecnie trwa sezon na budowanie, w Nepalu ani nie pada, ani nie jest gorąco. Wszyscy coś budują, jest bardzo duży zbyt, więc łupnia dostępnego w sprzedaży jest stanowczo za mało. Nie dość, że trzeba stać w długich kolejkach, to jeszcze firmy sprzedają największe śmieci, a więc kamienie zmieszane z potężną ilością piasku. Na szczeście taka okropna "tragedia" w jakości zdarzyła się nam tylko raz, no, ale jednak. Wracając zatem do meritum, nasz kontraktor nakazał pracownikom zwiezienie kiepskiego łupnia na środek wylanej trzy dni wcześniej posadzki i gdy przyszłam na budowę, z Maciejem zresztą, zobaczyliśmy go już stojącego na górce kamieni i lejącego na nie wodę z węża. Po to, by oczyścić je z tony piasku. Na świeżej posadzce zalegała więc potężna ilość obrzydliwej, brązowej, brudnej, a wręcz błotnistej wody. My zakazujemy mieszkańcom i dzieciom chodzenia po posadzce, by chronić ją od błota nanoszonego z butów (a podlewać trzeba ją nieustannie, by zaprawa stała się mocniejsza), a nasz kontraktor z 30 letnim doświadczeniem w branży jak gdyby nigdy nic z zadowoleniem czyści sobie na niej kamienie. Dumny wręcz ze swojego pomysłu, bo posadzka jest płaska i czyszczenie idzie jakby łatwiej (tylko jakby, bo oczywiście w mokrych kamieniach i tak nieustannie zalega błoto). No... naprawdę genialnie!


Po raz setny rozpoczęliśmy więc rozmowy na temat tego, jak ziemia i błoto osłabiają świeżą zaprawę. Że pierwsze wiązanie następuje po 24 godzinach, a wszystko staje się naprawdę solidne dopiero po tygodniu, a najlepiej po dwóch! O tym, że z czyszczonych kamieni spływa brudna, brązowa woda wymieszana z ziemią. O tym, że ta brudna brązowa woda wnika do posadzki i im częściej taka sytuacja ma miejsce, tym gorzej zaprawa się wiąże. Tłumaczymy wszystko w sposób prosty, za przeproszeniem wręcz "łopatologiczny". Ale ludzie patrzą się  tutaj na nas jak na dwa łosie, w dodatku na rykowisku. Zbiegają się więc w pewnym momencie nauczyciele i zachodzą w głowę, o co znów nam, wariatom chodzi (lub łosiom - jak kto woli). Ostatecznie tłumaczymy to wszystko dyrektorowi szkoły, ale on na koniec komentuje tylko, że JEGO ZDANIEM nawet jeśli brudna woda zalega na posadzce, to wnika w nią tylko woda czysta, a to, co brudne, zostaje na powierzchni. Czyli jednym słowem - następuje jakieś cudowne rozdzielenie i nawet najmniejszy mikroelement nie wnika do środka. Do środka wnika tylko krystalicznie czysta woda. Bo woda jest przecież mądra i do cholery wie, że nie może ze sobą zabrać brudu, ani piasku, nawet gdyby bardzo ją o to prosili. No i koniec, kropka. Dyrektor tak sądzi i nie przetłumaczysz. Gra nie warta świeczki.

Prakash potem potwierdził nam oczywiście, że 98% osób w Nepalu nie rozumie tego, o czym mówimy. Nawet jeśli są wyedukowani, nawet jeśli są po studiach. Bo wszędzie w Nepalu się tak buduje, bo ludzie przywykli do tego widoku, do takich praktyk, bo wydaje im się to naturalne i nikt się nad tym nawet nie zastanawia, bo i po co? Problem w tym, że Nepalczycy odpierają wszystkie nauki i zmiany. Trzymają się kurczowo tego, co swoje, uznają to za dobre, a nowego boją się jak ognia. Co najgorsze, jakby nie wierzą nam, że można lepiej. Że wszędzie przestrzega się już innych norm, innych zasad i u nich też tak można. A nawet trzeba, bo Nepal leży na terenie sejsmicznym i trzęsienia ziemi będą tutaj wciąż występować. Im wytrzymalsze budynki, tym lepiej! Ale oni to, co mówimy, to, co im proponujemy, traktują jak jakiś wymysł dziwnego pokroju. Często porównujemy, że z Nepalczykami pracuje się trochę jak z dziećmi. A nawet trudniej. Bo dziecku wystarczy dwa razy coś powtórzyć, wytłumaczyć i już zaczyna łapać nowe idee. I już je naśladuje, powiela! Tutaj w kółko powtarzamy to samo i nic się nie zmienia. Dla porównania, to jest też jeden z powodów, dla których Chiny tak szybko zaczęły się rozwijać. 30 lat temu miliony osób umierały tam z głodu, a dziś widać potężne zmiany. Bo Chiny bez oporu kopiowały z Zachodu wszystkie nowe technologie, dostrzegały to, co lepsze. A tutaj mamy wrażenie, że Nepalczycy jakby nie rozumieją, że wszystko to, co robimy - robimy dla dobra naszego budynku, szkoły, dzieci, mieszkańców, wioski, całego Nepalu.

Bo dlaczego tak często toczymy bój o jakość, o czystość? Dlaczego kłócimy się niekiedy z kontraktorem, dlaczego tak często się denerwujemy, stresujemy, martwimy? To wszystko robimy dla nepalskiego dobra. Bo w pocie czoła przez wiele miesięcy, z niemałym trudem zbieraliśmy w Polsce pieniądze na budowę szkoły w Bakrang. Bo w tym czasie częstokroć nie spaliśmy po nocach, bo tłumaczyliśmy ludziom, by nam zaufali, tłumaczyliśmy, jak wielki sens ma budowa tej szkoły, jak bardzo dzieci potrzebują wytrzymałego budynku Bo suma sumarum na projekt nepalski poświęcimy dwa lata naszego życia, z czego półtorej spędzone w Nepalu. Nie na wakacjach, ale ciężkiej pracy, jako stu procentowi wolontariusze. Bo mamy dług wdzięczności u darczyńców i wspierających, bo jak najlepiej chcemy spożytkować z trudem zebrane pieniądze, bo każda złotówka ma dla nas znaczenie i poprzez każdą złotówkę chcemy uczynić szkołę silniejszą. Bo chcemy, by szkoła stała tutaj minimum 100 lat i nie uległa zniszczeniu w trakcie kolejnych wstrząsów sejsmicznych. Dlatego walczymy, dlatego prosimy, dlatego się kłócimy, dlatego nalegamy. Bo nam zależy. Nie jesteśmy kosmitami, którzy celowo siedzą z pracownikami i wyszukują ich błędów, by usilnie utrudnić im życie. Chcemy ich nauczyć, jak pracować lepiej, a jeśli się nie nauczą, to przynajmniej chcemy, by nasz budynek był maksymalnie wytrzymały. Ale gdy to komukolwiek tłumaczymy - odczuwamy raczej średnie zrozumienie. Żeby nie powiedzieć, że znikome.

A zaraz po tym, gdy raz po raz to  wszystko tłumaczymy i gdy uda nam się ewentualnie coś osiągnąć (przykładowo wstrzymać czyszczenie łupnia na świeżej wylewce) znów stykamy się z kolejnymi absurdami. Chociażby tak, jak wtedy, gdy pracownicy rozrabiają zaprawę bezpośrednio na posadzce. I za każdym razem, gdy to robią, nie są w stanie zmyć z niej resztek zaprawy, chociaż się starają. Kolejne cienkie warstewki, w różnych ilościach, zalegają na niej, co oczywiście sprawia, że gdy na koniec zostanie wylane kilku centymetrowe wykończenie, to nie będzie się dobrze trzymać. Dlaczego? Bo w każdym miejscu będzie się przyklejać do zupełnie innej powierzchni. Ale tutaj nikt nie rozumie w czym widzimy problem. Przecież tak się wszędzie robi, bo tak łatwiej można mieszać zaprawę.

Albo wtedy, gdy pracownicy smarują szalunki czarnym, tłustym smarem (by potem można je było odczepić od zalanych filarów) na samym środku posadzki. A smar oczywiście gdzieniegdzie wycieka poza szalunek, gdzieniegdzie też pracownicy w niego wdepnią, gdzieś go przypadkiem rozleją i rozniosą dalej pod podeszwą buta. I ten tłusty smar przyczepia się do posadzki, a wykończenie potem nie będzie się dobrze trzymać na tłustych fragmenach. Ale po co smarować szalunki gdzieś poza posadzką, na ziemi? W czym problem? Przecież tak jest łatwiej.

Albo wtedy, gdy kupiliśmy dla pracowników poziomicę. Oczywiście nie do ozdoby, ale po to, by jej używali. A oni położyli ją jako niezidentyfikowany obiekt w raczej niewiadomym miejscu i raczej nawet ani razu nie trzymali jej w rękach. Gdy jej potem szukałam, by sprawdzić poprawność filarów, standardowo długo nikt nie wiedział, gdzie się ona znajduję i w zasadzie o czym tak w ogóle mówie. Na ratunek przyszedł nauczyciel angielskiego z naszej szkoły. Człowiek wyedukowany, po studiach, angielskim władający naprawdę dobrze. Poziomica jakimś cudem się znalazła, ale nauczyciel powiedział wtedy do mnie "Pokaż nam teraz jak i do czego się tego przyrządu używa, bo my nie wiemy". Lekko zdziwiona przyłożyłam poziomicę do filara, w sposób wręcz teatralny demonstrując jej użycie, ale w oczach wszystkich zobaczyłam tylko pustkę. Oczami wyobraźni widziałam też wielkie znaki zapytania wiszące nam głowami ludzi wokół zebranych. Wskazałam więc palcem na środek poziomicy, na znajdujący się tam płyn i bąbelek, który porusza się raz to w prawo, a raz to w lewo, podpowiadając nam, czy osiągnęliśmy poziom. Podniosłam jednego kciuka do góry, by zarekomendować to użądzenie i powiedziałam po nepalsku "egdam ramro, egdam ramro!" ("bardzo dobre, bardzo dobre!"), po czym rzekłam też, że pracownicy powinni jej używac, bo to cudo pracę znacznie ułatwia. No i co? Nauczyciel pokiwał głową, jeden z pracowników potrzymał poziomicę w ręku, po czym rzucił ją na stertę cegieł. I leżała tam sobie jakiś czas okrywając się coraz większą warstwą kurzu, a potem gdzieś zniknęła. No, bo po co sobie ułatwiać pracę?

W styczniu przyszedł więc czas, gdy poczuliśmy zmęczenie. Zmęczenie tą nieustanną walką o jakość, nieustanną kontrolą i problemami, z którymi się stykamy i które wciąż rozwiązujemy. Trochę jakby siły z nas uleciały, trochę jakby poziom odczuwanego stresu przekroczył na ten czas pewien limit. Zmęczył nas też pewnego rodzaju brak bodźców, na który Nepalczycy nigdy nie narzekają, bo do braku bodźców są przyzwyczajeni. W Bakrang śpimy w naszym domku, a całe dnie w zasadzie spędzamy na budowie. W kółko kontrolujemy, sprawdzamy, tłumaczymy, z naszymi tłumaczeniami odbijamy się od ściany i każdego dnia rozmawiamy z sąsiadami o tym, że powinniśmy jeść dużo ryżu, pić ciepłą wode i mleko bawole. Jedyne miejsce, do którego możemy się stąd udać, to na zakupy do Gorkha, małej miejscowości, którą znamy już na wylot i w której nie ma nic oprócz sklepów na jednej długiej ulicy. A nasze mózgi nie lubią stagnacji, jednorodności, potrzebują bodźców, dzięki którym mogą się rozwijać, potrzebują wielorakiej stymulacji. A w Nepalu tysiące ludzi przyzwyczaiło się do nic-nie-robienia, do siedzenia godzinami przed swoimi domami (zarówno na wioskach jak i w miastach) i  nieustannego wypatrywania czegoś, czego nie widać. Gdzie kobieta dwa razy dziennie musi ugotować ryż (w zasadzie w tym nic-nie-robieniu mogłoby to stnowić jakąś rozrywkę z naszego punktu widzenia), od czasu do czasu może poplotkować z sąsiadkami, a mężczyzna od czasu do czasu może pograć z kolegami w karty. Częstokroć życie to jest podobne do życia zwierząt - trzeba po prostu zaspokoić swoje podstawowe potrzeby - mieć dach nad głową i codziennie napełnić swój żołądek. A potem z punktu widzenia kultury zachodniej przychodzi pewnego rodzaju niebyt. A w zasadzie byt-niebyt. I może ktoś z was oburzy się na tę moją obserwację (nie krótką w zasadzie, bo już prawie 10-miesięczną), ale trzeba tutaj przyjechać na dłużej i wsiąknąć w tutejsze życie, aby to zaobserwować i zrozumieć (albo i nie zrozumieć).

A gdy ktoś już postanowi się wyrwać z tego nic-nie-robienia i podejmie pracę, to wszystko dzieje się tutaj ekstremalnie wolno i niewydolnie. Na każde dwie zatrudnione osoby średnio jedna z nich pracuje, a druga w tym samym czasie (podkreślmy - jest to czas pracy) odpoczywa. I tak na zmianę. A i tak w zasadzie większość czasu w pracy spędza się na siedzeniu, piciu herbaty i czytaniu gazety - tak jak we wszelkich urzędach (w których tak naprawdę trudno nawet znaleźć pracownika, gdy się czegoś potrzebuje), albo we wszystkich sklepach (których są setki, jeden obok drugiego z tymi samymi artykułami, nie ma klientów, a i tak ludzie pięć metrów dalej otwierają kolejne). Na wioskach za to przerwą od nic-nie-robienia są okresy sadzenia i zbierania plonów, wtedy też mieszkańcy opuszczają swoje domy na całe dnie, by być samowystarczalnym i zapewnić sobie jedzenie na najbliższy czas.

Dopadło nas zatem zmęczenie, dopadła nas pewna utrata sił. Ale uważam to za zupełnie normalne w tego typu projektach. Budowa, nawet własnego domu, nigdy nie jest łatwa. A co dopiero potężnej szkoły dla 300 uczniów. Mamy zatem prawo do wzlotów i upadków, a w boju o szkołę jesteśmy niezwykle waleczni. To na pewno nie pierwsze i na pewno nie ostatnie takie zmęczenie. Jak zwykle po prostu trzeba je przetrwać.

Na szczęście szybko nam przeszło, a sami mieliśmy też okazję do zregenerowania sił. We wtorek (10.01) zabraliśmy Prakasha, jego żonę Babani i córkę Baroshę na trzy dniową wycieczkę do Pokhary. Babani i Barosha nigdy w Pokharze nie były, a my kiedyś obiecaliśmy Prakashowi wspólny wyjazd w ramach podzienkowań za cała pomoc, którą przy budowie szkoły od niego otrzymujemy. Zawsze, naprawdę zawsze mogliśmy na niego liczyć. Podejmując decyzję o wyjeździe myśleliśmy też przede wszystkim o żonie Prakasha, która zmaga się z poważną depresją po tym, jak kilka miesięcy temu stracili swojego słodkiego, niespełna 2-letniego synka. Babani od tego czasu mieszka z córką w Chitawan, w domu swojej matki i o powrocie do Bakrang nawet nie chce myśleć. Tutaj wciąż wszystko kojarzy jej się z synkiem. Żona Prakasha przyjechała zatem do naszej wioski tylko na kilka dni, ze względu na krótkie wakacje swojej córki. Nie zastanawiając się długo podjęliśmy decyzję - jedziemy do Pokhary! Babani bardzo chciała jechać, Barosha także, a w dodatku pomyśleliśmy, że to będzie dla nich pewnego rodzaju odskocznia.


We wtorek po 3-godzinnej podróży autobusami dotarliśmy do Pokhary i zabraliśmy naszą rodzinkę na obiad do doskonale znanej nam, nepalskiej restauracji, gdzie córka Prakasha pierwszy raz w życiu z radością zajadała się wegetariańskim burgerem. Koło europejskiego burgera to nie leżało, ale co tam, liczy się idea i zadowolenie dziecka :) Potem wynajęliśmy pokoje nad Lake Side i do późnego wieczora spacerowaliśmy nad jeziorem. Wszyscy byliśmy zaskoczeni (na czele z Prakashem), bo jego raczej cicha i zamknięta w sobie córka, która nie mówiła ani słowa po angielsku, bardzo zaczęła się przy nas otwierać. W ciągu 24 godzin przeszła przemianę, bawiła się z nami i zaczęła konwersować po angielsku, szybko łapiąc nowe słówka, które powtarzaliśmy. Wystarczy poświęcić dziecku trochę czasu i odpowiednio stymulować je poprzez zabawę, a można osiągnąć doskonałe efekty. Niestety często obserwuję, że w Nepalu rodzice nie potrafią odpowiednio bawić się ze swoimi dziećmi, wręcz traktują je trochę jak dorosłych.


Nastepnego dnia zaprosiliśmy wszystkich na słodkie drożdżówki (z którymi do tej pory spotkaliśmy się powszechnie wyłącznie w Pokharze i to za skromną cenę 0,80gr-1,20zł) i udaliśmy się na wycieczkę do buddyjskiej stupy. Następnie zwiedzaliśmy tutejszą jaskinię (jeśli będziecie w Pokharze - naprawdę warto tam zajrzeć, na jej końcu można przyglądać się podłużnej, wąskiej szczelinie w ziemi, przez którą uroczo wpada światło, a za nią w dół spada wodospad. Może jeśli widzieliście w swoim życiu wiele jaskiń, ta nie zrobi na was wielkiego wrażenia, bo nie jest ani długa, ani przesadnie głęboka, ale to miejsce naprawdę ma w sobie urok). Potem przyszedł czas na oglądanie David's fall, ale tutaj duże rozczarowanie. Kompletny brak zagospodarowania terenu, a wodospadu w zasadzie w ogóle nie widać. Tej atrakcji Pokhary zupełnie nie polecam. Na koniec wieczorem zaprosiliśmy naszą rodzinkę na pizzę, znów jedzoną po raz pierwszy przez Baroshę. Pizza ładnie wyglądała, ładnie pachniała i ładnie została podana. Ale my znamy przecież smak prawdziwej pizzy! Nepalczycy się starają, bo w Pokharze stacjonują turyści i chcą tego typu dania jeść, ale w Polsce raczej nikt by takiej pizzy nie zaserwował, co więcej, nikt by takiej pizzy nie zjadł. Nie była zła, ale to jednak nie prawdziwa pizza.




Następnego dnia, ku naszej uciesze, pogoda dopisała i od samego rana na niebie nie było widać ani jedne chmurki. Szybko więc udaliśmy się do naszego "tajemnego" miejsca nad jeziorem, na ławeczkę, którą pamiętamy jeszcze z zeszłego roku i przyglądaliśmy się z rozkoszą cudownym szczytom Himalajów. Choć z Bakrang także możemy podziwiać Himalaje, w tym roku naprawdę stosunkowo często, to jednak w Pokharze jedno z ich pasm znajduje się dużo bliżej obserwatora i przytłacza swoim pięknem! Po południu za to wypożyczyliśmy na dwie godziny łódkę i zafundowaliśmy Babani i Baroshy pierwszą w życiu przeprawę po wodzie. A potem nie pozostało nam nic innego, jak powrót do naszego nepalskiego domu.



Po drodze z Maciejem wysiedliśmy w Dumre i udaliśmy się do hurtowni elektrycznej, by zakupić 300 metrów rurki do przepuszczania kabli, łączniki i kabel do Internetu. W Bakrang póki co stacjonarnego Internetu nie ma, ale budując szkołę myślimy przyszłościowo. To bowiem tylko kwestia czasu, gdy również Internet zostanie tutaj pociągnięty. Oczywiście w hurtowni wszystko trwało długo za długo, spędziliśmy tam chyba dwie godziny próbując dokonać zakupu tylko kilku prostych rzeczy. No i wszyscy pracują tak wolno, że ciężko to zrozumieć. W Nepalu system, w którym sprzedawca obsługuje tylko jednego klienta, według kolejki i tylko jemu poświęca czas - jakby nie istniał. Sprzedawca rozmawiał zatem z nami, po czym po chwili obsługiwał jednocześnie jeszcze trzy inne osoby. I tak jest naprawdę wszędzie. Wciąż też nie mogę zrozumieć, jak to jest, że sprzedawca, który pracuje w hurtowni od dwóch lat nie zna cen, specyfiki towaru i o wszystko, naprawdę o wszystko musi się pytać swojego szefa, który jest średnio zainteresowany udzielaniem mu odpowiedzi, bo kalkuluje sobie na kartce jakieś wielkie, ważne sumy. Pomieszanie z poplątaniem.

Byliśmy więc zmuszeni na noc zatrzymać się w Gorkha, bo zaprawdę nie mieliśmy już siły na nocną wspinaczkę do Bakrang. Tymbardziej, że do Nepalu zawitało odczuwalne ochłodzenie. Internet podpowiada, że w naszym rejonie w nocy temperatura spada do 6 stopni. Zawsze, gdy my się budzimy jest ich już 8. I wewnątrz naszego domku dokładnie tak samo. Co ciekawe, ponoć w Kathmandu temperatura w nocy osiągnęła jeden stopień na minusie, jak dobrze, że nas tam nie ma! Tak, tak, wiem, że w Polsce zima na cełego! My, pomimo chłodniejszych dni, jeszcze naszej kozy nie odpaliliśmy, bo za bardzo nawet nie wiemy, kiedy mielibyśmy to zrobić, skoro w zasadzie cały czas spędzamy na dworzu. Wygląda też na to, że już jej nie odpalimy, bo przecież w kalendarzu mamy połowę stycznia i gorzej być już nie powinno. Nie ma to jak targać z Polski 30-kilogramową kozę grzewczą i jej nawet ani razu nie użyć :) No cóż, chyba w tym roku dużo lepiej znosimy chłód. A przynajmniej ja - organizm zaczyna się uodparniać. Tak czy inaczej myślę, że wszystko diametralnie zmienił nasz namiot do kąpieli, który osłania nagie ciało przed wiatrem nawet w chłodne wieczory i butla gazowa, dzięki której grzejemy sobie wodę. W przeciwieństwie do zeszłego roku kapiel jest więc po prostu przyjemna i raduje zmarznięte ciało.

Do Bakrang dotarliśmy zatem w piątek (i nie był to wcale pechowy dzień pomimo, że trzynastego). Na piątek mieliśmy właśnie wyznaczony nasz deadline, ponieważ tego dnia odbywała się uroczystość 56 rocznicy założenia szkoły w Bakrang-6. Tak jak i rok temu - zostaliśmy mianowani specjalnymi gośćmi, przywitano nas oklaskami i usłyszeliśmy szereg podziękowań za to, co robimy dla Bakrang (w zeszłym roku w tym czasie byliśmy w połowie zaciętej walki o pozwolenia, dzisiaj na szczęście możemy się już cieszyć zaawansowanym stadium budowy i nic nie wskazuje na to, że coś mogłoby nas zatrzymać). Na uroczystości byli obecni wszyscy nauczyciele, ważne osobistości z różnych urzędów i komitetów oraz niemal wszystkie dzieci z naszej szkoły. Co dla nas najciekawsze - dziewczynki w pięknych, tradycyjnych strojach przygotowały cudowne pokazy taneczne. Zawsze obserwuję je z podziwem i fascynacją w oczach. Tańczą naprawdę cudownie. Wierzę, że za rok wszyscy będą mogli świętować kolejne urodziny tuż przed frontem nowo wybudowanej szkoły. PS. Romku, pozdrawiamy Cię serdecznie! Dokładnie rok temu celebrowałeś ten dzień razem z nami! :)






Jeśli czytacie systematycznie bloga, to na pewno świetnie się domyślacie, że w całej tej celebracji zbyt wiele czasu poświęconych zostało... tak, tak, na przemowy wszystkich ważnych osobistości! To taki nepalski standard. Oczywiście w zasadzie nikt tych pompatycznych przemówień nie słucha - ani dzieci, które znajdują sobie inne zajęcia, jak rozmowy albo wzajemne ganianie się gdzieś ukradkiem, ani inne ważne osobistości, które ze znudzeniem wpatrują się w ziemię albo swoje komórki. Ale tradycja musi zostać zachowana (stanę na głowie, by nie dopuścić do tak dużej ilości przemówień na otwarciu naszej szkoły, naprawdę, powyrywam im te mikrofony i poprzecinam kable).
Jak dobrze, że dzieci są tutaj nadzwyczaj grzeczne, w takich momentach nie marudzą i nie narzekają. Co wynika oczywiście z ich spokojnego charakteru i wychowania. Od urodzenia przyzwyczajane są do wiecznego czekania na coś i wspominanego już nic-nie-robienia.

Celebrowanie urodzin szkoły i spędzanie czasu z dziećmi to tylko jeden miły element, który spotkał nas tego dnia. Gdy dotarliśmy na plac naszej budowy - nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Pracownicy przez trzy dni naszej nieobecności wylali prawie wszystkie filary i rozpoczęli stawianie murów szkoły! Co więcej, ściany jednej z klas były już w zasadzie ukończone! Co za zaskoczenie. W dodatku pracownicy bardzo się starali, by filary były zalewane prosto i by mury zostały wykonane z należytą starannością. Serce rośnie, ponieważ wreszcie to nasze pobojowisko zaczęło przypominać budynek. Ach, jak pięknie!



W sobotę (14.01) tradycyjnie wróciliśmy do naszego obowiązku, a więc podlewania wodą już nie tylko posadzki, która w zasadzie całkiem dobrze się związała, ale także wielu filarów i murów. Pracownicy w tym czasie ostatecznie zakończyli wylewanie filarów na tym poziomie, a teraz nieustannie dokładają cegły do cegieł i niemal błyskawicznie wznoszą kolejne mury. Prace w fundamentach były żmudne, męczące i skomplikowane. Fundamenty zalano i nawet nie widać, jak wielka praca została w nie włożona. A teraz... teraz każdego dnia widać efekty, a szkoła rośnie w górę!



W poniedziałek (16.01) do Bakrang zawitał nasz przyjaciel Harry - z zawodu elektryk - który w naszej szkole będzie podłączał prąd. Na początek zaczął od wykuwania w murach rowków, w których później schowa się rurka do kabli. Rozplanowaliśmy już z Maciejem elektrykę - w każdej z sal znajdzie się 6 podłóżnych lamp, dwa wentylatory, dwa włączniki świateł (po jednym przy każdych drzwiach) oraz 10 kontaktów.
Wszyscy oczywiście dziwią się tej magicznej liczbie kontaktów. Bo po cóż ich tak dużo? To kolejny dowód na to, że w Nepalu raczej rzadko myśli się o przyszłości. Nikt nawet nie przypuszczał, że być może za kilka lat dzieci zaczną korzystać z prywatnych laptopów, na których będą w szkole pracować, a do tego potrzebują dostępu do prądu. Nawet jeśli jest to perspektywa naprawdę długoterminowa, to jednak warto zainwestować.

My szybko wyznaczyliśmy za pomocą kredy miejsca, w których należy wyciąć rowki i sami również ruszyliśmy do pracy z Harrym. Z dłutem i młotkiem w rękach prowadziliśmy ścieżki dla kabli. Oczywiście moja obecność przy kolejnej fizycznej pracy znów wywołała sensację. Ciężko wszystkim zrozumieć, że nie lubię stać z założonymi rękoma i po prostu obserwować. Pomaganie sprawia mi przyjemność. Tłumaczyłam więc, że ta szkoła jest jak moje dziecko. Tylko że okres ciąży w tym przypadku nieco dłuższy, bo gdy dojdzie do porodu, miną dwa lata od poczęcia ideii jej budowy. A każda matka powinna troszczyć się o swoje dzieci. Więc troszczę się jak tylko mogę :)



Co warto podkreślić - budujemy teraz z naprawdę dobrą energią. Po ostatniej sporej kłótni z kontraktorem zauważyliśmy dużą przemianę - kontraktor na nowo zaczął systematycznie przyjeżdżać do Bakrang i kontrolować swoich pracowników. W dodatku słucha naszyh uwag i wreszcie je respektuje. Oczywiście dalej popełnia błędy (tak jak z czyszczeniem tego cholernego łupnia czy mieszaniem zaprawy na posadzce), nie do końca zapewne nas rozumie ale stara się spełniać nasze oczekiwania. Raz lepiej, raz gorzej, ale jednak się stara. No i przede wszystkim pracownicy się starają. Co więcej, cieszą się, gdy my jesteśmy zadowoleni, gdy ich chwalimy, więc także próbują działać według naszych wskazówek. Też im to różnie wychodzi, ale ponownie podkreślmy - starają się. Już jakiś czas temu postanowiliśmy więc wprowadzić pewną zasadę - gdy pracownicy wykonują swoje zadania solidnie, starannie i prawidłowo, każdego tygodnia otrzymują od nas 1000 Rupii premii do rąk własnych, na swoje prywatne wydatki. Pieniądze nie przechodzą zatem przez kontraktora, ale są wyrazem naszego docenienia i uznania dla pracy wszystkich pracowników. I zasada ta rzeczywiście się sprawdza - pracownicy mają motywację do działania i po otrzymaniu premii każdorazowo się cieszą. Przeważnie kupują sobie za nią w wiosce mięso, bo są nadzwyczaj mięsożerni. Kupują od mieszkańców kurę albo jedną ze słodkich kózek, które czasami z "Amami" karmię. Zza chatki pracowników rozlega się więc czasami jakieś przeraźliwe gdakanie bądź meczenie, które stopniowo ucicha wraz z ostatnim tchnieniem, jakie wydaje zwierzę, a potem znad chatki unosi się dym z ognia, nad którym skwierczy piekące się mięso.

Z dodatkowych informacji - dorobiliśmy się naszego własnego zwierzęcia domowego. Każdej nocy naszą kuchnię odwiedza przebiegły szczurek. Codziennie pojawia się dokładnie w momencie, kiedy zgasimy światło i położymy się do łóżka. Nigdy niestety go nie widzieliśmy na własne oczy, bo chowa się w jedną ze swoich kryjówej, gdy tylko słyszy, że się ruszamy. Wszystko byłoby dobrze, gdyby tak strasznie nie hałasował. Każdej nocy przeczesuje całą naszą kuchnie i robi tyle rumoru, że spać się nie da! Sam Maciej, który ze spaniem przy hałasach żadnego problemu nie ma, zaczął w nocy używac zatyczek do uszu :) Oczywiście nasz szczurek jest okropnym szkodnikiem i dobiera się dosłownie do wszystkiego. Objadł nam już nie raz pomidory, kalafiora, trzy opakowania ciastek, rozgryzł opakowanie od kawy, którą przywieźliśmy z Polski (oczywiście, że jej nie wyrzuciliśmy, zbyt cenna! Żaden wyjadający ją szczurek nas nie powstrzyma). Ostatnio obgryzł nawet niemal w całości opakowanie, w którym przechowuję moją Nutellę przywiezioną z Polski! Niewiele brakowało, aby się do niej dobrał. Tego byłoby już za wiele, gdyby znieważył Nutellę naprawdę wkroczyłabym z nim na ścieżkę wojenną! Skubany jest chyba akrobatą i potrafi wleźć naprawdę wszędzie. Ciągle musimy wymyślać nowe skrytki i wszystko przed nim chować. Nie jest łatwo z takim zwierzęciem domowym! :)

Pozdrawiamy Was serdecznie z Bakrang. Trzymajcie się ciepło w tę mroźną zimę! :)


Zaglądajcie jak zwykle na fanpage 'uprowadzona do', tam systematycznie znajdziecie nowe zdjęcia i informacje!

Komentarze

Popularne posty