Czekamy na wylewkę


Po ostatnich wielu szalonych dniach, pełnych pracy, zawirowań i obowiązków, do Bakrang zawitał spokój. Mury na parterze rosły naprawdę szybko - ale mimo to dokładanie kolejnych cegieł wymagało czasu. Początkowo wydawało nam się, że już za kilka dni, już za moment ściany parterowych sal będą gotowe. Pracownicy potrzebowali jednak na ich ukończenie co najmniej kolejnego tygodnia. W dwóch miejscach musieli bowiem przygotować dodatkowe wzmocnienia z prętów, które następnie zalewali betonem. Takie wzmocnienia znalazły się zarówno pod linią okien, jak i tuż nad nimi oraz nad drzwiami. W budownictwie opartym na filarach żelbetonowych tego rodzaju wzmocnienia są naprawdę ważne - w razie trzęcienia ziemi nie pozwalają ścianom rozsypać się na kawałki.


Z założenia nasze sale miały mieć wysokość 9 feet. Od dawna z Maciejem myśleliśmy już o ich wydłużeniu do 10 feet, jedak wszyscy usilnie przekonywali nas, że jest to całkowicie niepotrzebny zabieg. Nasz inżynier także był tego zdania. 9 feet to wysokość wystarczająca i jest to nepalski standard budownictwa. Podniesienie wysokości niepotrzebnie spotęguje koszty. Początkowo przystanęliśmy na tę propozycję, ale 10 feet wciąż chodziło nam po głowie. Dzieci w klasach niekiedy przebywa naprawdę sporo i wszystkie oddychają, a w Nepalu jest przecież ciepło, żeby nie powiedzieć gorąco. Nawet zimową porą w ciągu dnia w Bakrang temperatura potrafi osiągać 25 stopni.

Kiedy więc w dniach 18-19.01 musieliśmy udać się do Gorkha, by zakupić kolejne materiały budowlane, przy okazji zjechaliśmy też do sąsiedniego miasta - AbuKhaireni. Tam odwiedziliśmy trzy szkoły. W dwóch z nich klasy miały 9,5-10 feet i zgodnie stwierdziliśmy, iż ta wysokość jest dużo bardziej optymalna. Klasy wyglądają optycznie na większe, a i z respiracją nie będzie problemu. Im więcej powietrza w klasach - tym lepiej. Jeszcze tego samego dnia zadzwoniliśmy do wykonawcy i poinformowaliśmy go o naszej decyzji. Zgodził się bez najmniejszego problemu - po kilku dotychczsowych kłótniach nieustannie powtarza nam, że więcej już kłócić się nie chce, więc będzie wykonywał nasze zalecenia. Zatem od długiego już czasu awantur w Bakrang nie ma i wszyscy zgodnie ze sobą współpracujemy. Kontrolujemy pracowników, poprawiamy ewentualne błędy, a oni wszyscy starają się gorzej lub lepiej dostosować do europejskich standardów, które tutaj przemycamy. Być może w przyszłości będą je nawet stosować? Powątpiewam w to, ale kto wie?

Gdy wróciliśmy więc z Gorkha do Bakrang - pracownicy ustawiali już cegły na górnym wzmocnieniu (tym nad oknami i drzwiami) do wysokości 9 feet, przygotowując tym samym sale do wylewki na wysokości 10 feet. Byliśmy bardzo zadowoleni. Co prawda gdzieniegdzie poukładali cegły stanowczo zbyt blisko filarów, niemal tak, że stykały się z metalowymi prętami, ale szybko wskazaliśmy błędy i na szczęście łatwo dało się te przestrzenie wyrównać przez ucięcie kilku cegieł.  Odległości między cegłami a prętami muszą być na tyle duże, aby zaprawa betonowa mogła swobodnie się w nie dostać i złączyć ze sobą wszystkie elementy . Pręty są wtedy w całości zalane i filary stają się naprawdę mocne.


Pracownicy dalej układali więc cegły, a my niemal od początku miesiąca nieustannie oblewamy mury i filary wodą. Przestrzeń szkoły jest na tyle duża, że gdy z oblewaniem dojdziemy do jej końca, na początku wszystko jest już suche. Niemal całe dnie spędzamy zatem "taplając" się w wodzie i wymieniając się wzajemnie z Maciejem wykonywaniem tego obowiązku. Ani mieszkańcy, ani nauczyciele, ani pracownicy nie są podlewaniem zbytnio zainteresowani i zwyczajnie nie chce im się tego robić (trzeba przyznać, że jest to zajęcie wybitnie nudne). Gdyby nie nasza obecność, to cała zaprawa na filarach oraz między cegłami wyschła by na wiór (a przypomnijmy, że cement nie może schnąć zbyt szybko). Ale mimo naszych starań Nepalczycy wciąż nie chcą zrozumieć, jak duże ma to znaczenie dla wytrzymałości budynku. Zatrważa fakt, jak wiele błedów powszechnie się tutaj popełnia na różnego rodzaju budowach.


My się o podlewanie jednak nieustannie troszczymy. Ale co najważniejsze w ostatnim czasie - nasze sale będą miały 10 feet wysokości! Ze względu na to pracownicy nieco dłużej wykańczali układanie cegieł, ale warto było poświęcić kilka dodatkowych dni. Ostatecznie w niedzielę (22.01) na parterze stanęły wszystkie mury! Dodatkowo w międzyczasie pracownicy przygotowali połowę schodów prowadzących na piętro. Ustawiali szalunki, wymierzali wysokość schodków i przygotowali je tak, że wchodzenie na górę i schodzenie w dół to prawdziwa przyjemność. Korzysta się z nich wręcz w sposób naturalny. Jest to dla nas bardzo ważny element budowy - schody nie powinny być ani za wysokie ani za niskie. Od teraz nie musimy się jednak martwić, iż dzieci będą się nieustannie potykać (a w Nepalu spotkaliśmy już całą masę zupełnie niewymiarowych schodów, na których z łatwością można sobie powybijać wszystkie zęby). Schody wykonane przez naszych pracowników, o których jakość tak bardzo się przecież martwiliśmy, były dla nas niezwykle miłym zaskoczeniem.





Pracownicy zakończyli zatem stawianie murów i przygotowywanie połowy schodów. Od tego momentu zaczęli codzienne wędrówki do bakrangowej dżungli. Wycinają bambusy i znoszą je na teren budowy - w Nepalu właśnie za pomocą setek bambusów podpiera się szalunki pod sufitem i wylewa się strop. Bambusowe podpory wyciąga się dopiero w momencie, gdy zaprawa w stropie całkowicie się zwiąże i wyschnie. Pracownicy od kilku dni przygotowują też szalunki na kolejnych filarach. Dużo czasu poświęcają na docinanie wodoodpornych sklejek i mocowanie ich w odpowiednich miejscach. Tempo pracy w Bakrang ewidentnie zwolniło. My już nie możemy doczekać się wylewki, a na budowie zbytnich postepów nie widać - ale to dlatego, że docinanie szalunków zajmuje dużo czasu, a nie jest szczególnie efektowne. No i też oczywiście trochę dlatego, że pracownicy lubią się niekiedy obijać. System nepalskiej pracy jest, tak jak już kiedyś pisałam, po prostu niewydolny. Gdyby w Bakrang pracowała ekipa z Polski - szkoła budowana byłaby o połowę krócej :)


Kiedy doczekamy się więc wylewki sufitu nad parterem? Trudno przewidzieć. Kontraktor mówił ostatnio o dziesięciu dniach, ale te dziesięć dni powoli dobiega końca, a wylewka wciąż daleko. Pracownicy muszą przecież dowiązać metalowe pręty na długości filarów, zrobić szalunek pod sufitem i do tego jeszcze przygotować całe wiązania na długości i szerokości sal. Wygląda więc na to, że szykuje się kolejne opóźnienie. Wciąż mamy jednak nadzieję, że niewielkie i jak dotąd cierpliwie czekamy.


Ostatnio wróciliśmy także do pracy nad elektryką w naszej szkole. Gdy jakiś czas temu odwiedził nas Harry - udało nam się wykuć rowki na rurki w nieco ponad jednej sali. Harry musiał zniknąć na kilka dni, ale w środę (25.01) znów zawitał do Bakrang. My oczywiście wraz z nim ruszyliśmy do pracy - a naprawdę jest akurat w tej kwestii co robić. Tym razem mamy już przygotowane trzy sale na parterze. Do wykończenia została tylko jedna sala oraz korytarz, w którym znajdują się schody na piętro. Tę pracę wykonamy wraz z Harrym w sobotę.


Ja, oprócz podlewania naszych murów wodą, od tygodnia kultywuję także nowe zajęcie. Nauczyciel angielskiego poprosił mnie bowiem, abym w klasie jedenastej pomagała mu uczyć młodzież właśnie tego języka. Oczywiście z radością się zgodziłam i bez żadnego przygotowania, z marszu, pojawiłam się na pierwszej lekcji (angielski w klasie jedenastej odbywa się od niedzieli do piątku o godzinie 11:00). Tak jak szybko się ucieszyłam, tak szybko też się przeraziłam... oczywiście nie kwestią mojej pomocy w nauczaniu, ale poziomem tego nauczania, bierną rolą naucziela w klasie i znikomą wiedzą uczniów, którzy niemal od dziecka wałkują angielski 6 razy w tygodniu po 45 minut (to wymiar godzinowy dużo większy niż w Polsce)!

A więc, jak wygląda nauczanie angielskiego w nepalskiej, państwowej szkole? Opis na przykładzie klasy jedenastej, w której uczy się młodzież w wieku 17-19 lat (zdarza się bowiem, że rodzice nie wysyłają dzieci do szkoły i ostatecznie, po interwencji nuczycieli, dzieci przystepują do początkowej edukacji kilka lat później):
-książka napisana w całości w języku angielskim, z której korzystają uczniowie (poziom intermediate) jest nieprzystosowana do poziomu ich wiedzy - większość z nich nie rozumie nawet poleceń do poszczególnych ćwiczeń, nie mówiąc już o całym słownictwie w niej zawartym;
-nauczyciel przeskakuje większość ćwiczeń i prosi uczniów o samodzielne zrobienie ich w domu (bo przecież powinni w domu ćwiczyć), a że nie ćwiczą (o czym doskonale wie), to cóż on na to może poradzić?
-nauczyciel w trakcie lekcji nie zagląda nawet do zeszytów i nie poprawia błędów uczniów. Swoje musi po prostu odbębnić i lekcje ma z głowy;
-nauczyciel nie sprawdza prac domowych na lekcji, w związku z czym na 15 osób robią je średnio 3 osoby i nawet nie mogą się dowiedzieć, czy zrobiły je dobrze czy źle. A ci, którzy nie robią zadań domowych nie ponoszą żadnych konsekwencji. Toteż dlatego ich nie robią. Kilka razy zadawałam już prace domowe i zawsze miały je tylko trzy osoby (za każdym razem z resztą te same).
-uczniowie na lekcji nigdy nie wypowiadają się w języku angielskim!! Nauczyciel otwarcie przyznał mi, że nigdy nie wykonywał z uczniami tego typu ćwiczeń. Gdy to usłyszałam wybuchłam panicznym śmiechem, bo naprawdę nie wiedziałam jak zareagować. Powinnam w zasadzie z rozpaczy zacząć walić głową w tablicę, ale trochę szkoda byłoby mi tej mojej głowy. Pytam się zatem, jaki sens ma taka nauka angielskiego? Ani "me" ani "be" w tym języku...
-uczniowie nie otrzymują żadnych ocen, punktów, plusów, minusów, nie ma kartkówek, sprawdzianów, odpytek....nic, zero, zupełna pustka w tej kwestii. Ba! Nauczyciel nie ma nawet czegoś takiego, jak dziennik, w którym mógłby jakieś oceny wpisywać (co więcej, nie ma swojego egzemplarza książki, z której korzystają uczniowie, na lekcji pożycza ją zawsze od kogoś z pierwszej ławki i nawet do końca nie wie, czego na danej lekcji będzie uczył - oznacza to, że nie jest przygotowany, a gdy ja zabrałam książkę do domu, by się przygotować do nauczania, patrzył na mnie trochę jak na szaleńca). Uczniowie nie mają zatem motywacji do nauki, mogą nie robć zupełnie nic, bo konsekwencji brak. Tragikomedia;
-Uczniowie raz na pół roku przez kilka dni zdają egzaminy z wszystkich przedmiotów, ale... uwaga...nawet jak ich pozytywnie nie zdadzą, nawet jak uzyskają okrągłe zero punktów, to i tak przejdą do kolejnej klasy. Tutaj naprawdę brak mi słów. Bo cóż mogę powiedzieć? Gdy tłumaczę, jak kiepski jest system edukacji w Nepalu i jak można go ulepszyć, wszyscy mają jakieś wymówki i nikt mnie nie rozumie. Bez komentarza.

Podsumowując, ogólnie w klasie jedenastej większość dzieci była raczej średnio zainteresowana nauką angielskiego. Uczniowie nie potrafią złożyć nawet kilku zdań w tym języku, są skrępowane jakąkolwiek próbą mówienia. Tylko trzy dziewczynki na tle klasy widocznie się wyróżniają. Wykonują prace domowe, starają się, uważnie słuchają, coś faktycznie wiedzą. Przynajmniej na podstawowym poziomie. To, co w klasie jedenastej robi nauczyciel angielskiego nie ma najmniejszego sensu. Przykładowo przerabia z uczniami jakieś przykłady w Present Perfect Continuous, a dzieci nawet nie wiedzą co to za czas, kiedy go stosować i w jaki sposób. Czego więc mają się nauczyć? Jak cokolwiek zrozumieć? Zostają tylko zniechęcone do nauki. Wszystko to przypomina bardziej teatr niż lekję języka angielskiego. Każdy ma swoją rolę i musi ją zagrać - dzieci niby się uczą, a nauczyciel niby naucza. Wszystko tylko "na niby", ale jednak przedstawienie pod tytułem "Szkoła" trwa.

Chodzę więc do klasy jedenastej sześć razy w tygodniu i wtrącam się nauczycielowi w jego metody jak tylko mogę! Rozrysowuję uczniom wszystko na tablicy, zachęcam do mówienia, poprawiam błędy, chwalę je, po prostu się nimi interesuję. I mam nazieję, że chociaż trochę z tego skorzystają, że coś zapamiętają, czegoś się nauczą.

W czwartek nauczyciel angielskiego oznajmił, że musi wyjechać z Bakrang na tydzień i poprosił, abym samodzielnie zajęła się studentami. Oczywiście, że się zgodziłam. Obawiałam się nieco, że studenci nie będą mnie do końca rozumieć, a ja nie wiem przecież jak im tłumaczyć angielski na nepalski. Ale już pierwszego dnia zauważyłam, że bez nauczyciela uczniowie dużo lepiej ze mną współpracują. Starają się wypowiadać, gdy ich o to proszę, rozwiązują przykłady, notuja nowe słówka. Nawet gdy nie wiem, jak przetłumaczyć coś z angielskiego na nepalski, to po prostu rysuję znaczenie na tablicy. Wszyscy się wtedy śmieją i grzecznie notują. Jest naprawdę dobrze!

Wpadłam więc też na pomysł, o którym już nawet rozmawiałam z Prakashem. Chciałabym stworzyć chociażby kilkuosobową grupę uczniów, którzy naprawdę będą chętni do nauki angielskiego, którym na tym zależy Mogłabym im wtedy codziennie dawać dodatkową lekcję tego języka. Prakash rozmawiał z dyrektorem szkoły i chcą skorzystać z mojej propozycji. Kombinują więc jak to wszystko ułożyć i w ciągu tygodnia powinniśmy stworzyć jakaś grupę. Ja z chęcią wezmę nawet dwie takie grupy. Jedną ze starszymi uczniami oraz jedną z młodszymi. Zobaczymy co z tego wyjdzie :)

W kwestii zwierząt domowych - szczur wciąz nas odwiedza. Każdej nocy. Nasza kuchnia zaczęła przypominać coś w rodzaju muzeum kamieni wszelakiej wielkości. Niemal całe nasze jedzenie ukrywamy w wiadrach, miskach, koszach czy garnkach, a ich wieka przyciskamy kamieniami. Szczur musiałby być zapaśnikiem, by je podnieść. Podjadanie się skończyło, ale kij ma zawsze dwa końce i za tą naszą samolubność spadła na nas kara. Szczur, nie znajdując w kuchni nic konkretnego do jedzenia zaczął odwiedzać nasz pokój i zajadać się... moją bielizną! Zboczeniec wygryzł mi jednej nocy dziury w dwóch parach majtek, a następnej w moich najlepszych bawełnianych skarpetkach do butów trekkingowych! Klnęłam oczywiście w duchu, ale cóż miałam zrobić? Jak tak dalej pójdzie, to po kolejnych 4 miesiącach będę chyba musiała chodzić nago. Nie chcąc więc tracić nowych elementów garderoby postanowiliśmy jednak dokarmiać szczura... Codziennie wieczorem zostawiamy mu jakiś okup w postaci jedzenia. Trochę ryżu, różyczkę kalafiora, ciasteczko i wszystko co tam nam się w kuchni ostanie. Jedzenie czeka na szczura na specjalnym talerzu zrobionym z liści. Co noc wszystko zjada, nawet co do okruszka, no i skończyło się podjadanie ubrań! Zobaczymy na jak długo.

Jednak ostatnio staliśmy się także właścicielami kolejnego zwierzaka - bezpańskiego kundelka, który przez parę dni pałętał się po naszym Bakrang. Nigdy wcześniej się tutaj nie pojawiał, aż ostatnio zaczęłam go widywać niekiedy w okolicach naszego domu i budowy. Zawsze stał zlękniony, trzęsący się wręcz ze strachu i trzymał się na uboczu. Chudy jak szkapa, szukał czegoś do jedzenia. Ale wszyscy mieszkańcy rzucali w niego kamieniami, by raz na zawsze przegonić go z wioski. Nie chcą tutaj obcego psa. Mają już dwa burki, które systematycznie wszyscy dokarmiają i które pilnują wioski przed stadami małp.W Nepalu psom zazwyczaj nie okazuje się czułości, nie głaszcze się ich, nie rozmawia z nimi, nie przytula. Nie są najlepszymi przyjaciółmi ludzi, są po prostu zwierzętami, które czasami na coś się przydają (tak jak z tymi małpami).

Nowy, tajemniczy kundelek, nie dość, że był goniony przez mieszkańców, to jeszcze atakowały go tutejsze psy. A on był tak chudy i wystraszony, że nawet nie miał siły się bronić. Padał więc ofiarą i zyskiwał nowe ugryzienia i zadrapania.

Któregoś dnia podstawiłam tutejszym psom pod pyski miskę z ryżem, który został nam z kolacji poprzedniego wieczora. Ale one - najedzone do syta - najzwyczajnie pogardziły jedzeniem. I wtedy tuż obok naszego domu pojawił się ten nowy kundelek, który zapewne od dawna nie znał uczucia sytości. Więc zachęciłam go, by się zbliżył i podstawiłam mu miskę. Łapczywie zaczął jeść, a gdy ja odwróciłam wzrok, tutejsze psy, wściekłe, że ktoś obcy przebywa na ich terenie i jeszcze wyjada to, co należy się im, po prostu się na niego rzuciły. Rozległ się przeraźliwy pisk, a my z Maciejem popędziliśmy na ratunek, wyganiając agresorów i chroniąc nieznajomego przybysza. Obrzydliwce, same nie chcą jeść, ale z nikim się nie podzielą - pomyślałam. Długo musiałam namawiać nowego kundelka, aby znów się zbliżył i już teraz ochraniałam go podczas jedzenia. Wylizywał miskę, aż uszy mu się trzęsły. I od tej pory przez cały dzień wszędzie za nami chodził. Nawet nie przewidzieliśmy, że po tej jednej misce jedzenia, którą go nakarmiliśmy, może zostać przy nas na stałę.

Jeszcze kilka razy musieliśmy go bronić przed innymi psami, a on z wdzięczności zaczął się do nas coraz bardziej zbliżać i nawet w końcu dał się pogłaskać (widać, że był bity przez ludzi, długo reagował ucieczką na każde podniesienie ręki). Wieczorem jeszcze raz dostał jedzenie i umościł się na naszym ganku. W nocy znalazł sobie bezpieczne miejsce do spania - na drewnianym łóżku tuż pod domem i gdy rano wstaliśmy, on wciąż tam był i na nas czekał. Zupełnie nieświadomie powiedziałam do niego "Zostałeś z nami, Filut?" i odtąd zyskał nawet imię. Filut. A dokładnie Filut Filuterny :) Nasz pies rasy kundel o uroczych oczach, jasnobrazowy kudłacz sięgający mi pod kolano. Wciąż chudy, wciąż po przejściach, wciąż bojący się innych ludzi. Jest bardzo przyjacielski i wszędzie chce być razem z nami. Drepta za nami na budowę, gdzie czeka aż wrócimy do domu, drepta za mną do szkolnej sali, w której uczę dzieci angielskiego, drepta za nami nawet do toalety.


Mieszkańcy oczywiście patrzyli na nas ze zdziwieniem, gdy troszczyliśmy się o jakiegoś wychudzonego, nieznanego psa. Ale nam po prostu było go szkoda. Jak tu takiego wygłodzonego chuderlaka nie nakarmić? Nie planowaliśmy też przecież początkowo go udomowić i zatrzymać. Dałam mu tylko miskę jedzenia, żeby się najadł, a on postanowił z nami zostać. Jest pełen wdzięczności, jest uroczy i kochany. Stał się naszym przyjacielem. I dzisiaj wszyscy już wiedzą, że nie mogą go z wioski wyganiać :) Gdy tylko będziemy w mieście, musimy kupić jakiś preparat na pchły dla Filuta. Dla niego i dla reszty tutejszych psów. Dobrze im to zrobić.

Nie wiem tylko co z nim będzie, gdy w końcu w lutym, po wylewce sufitu, pojedziemy na dwa tygodnie do Indii? Prakash obiecał, że będzie go karmić, ale czy Filut w Bakrang zostanie? Czy nie będzie tęsknił i nie będzie nas szukał? No i on wszędzie, dosłownie wszędzie za nami chodzi. Więc jak mamy go zatrzymać w Bakrang, żeby nie wędrował z nami przez góry do głównej drogi? Przecież tam na pewno się zgubi. A niskie jest prawdopodobieństwo, że spotka znów kogoś takiego jak my, kto go nakarmi i obroni. Dla ludzi w Nepalu będzie zwykłym kundlem, jak wiele innych, będą w niego rzucać kamienimi i przeganiać go z miejsca na miejsce. A on przecież jest taki kochany!
Już teraz martwię się, co z nim będzie w przyszłości. Do Indii jechać musimy, by nie przekroczyć rocznego limitu na pobyt w Nepalu, a Filuta przecież ze sobą zabrać nie możemy! Sytuacja nieco się skomplikowała, ale może uda się go zatrzymać w Bakrang i mieszkańcy faktycznie będą się o niego troszczyć. Musimy coś wymyśleć.

Czas w Bakrang oczywiście toczy sie swoim rytmem, a ja niekiedy biore udzial w tutejszych, codziennych zajeciach. Zawsze z moimi nepalskimi "Amami', ktore bardzo lubia ze mna przebywac. Zawsze lapie od nich jakies nowe nepalskie slowka, duzo sie smiejemy (szczegolnie, gdy probuje im cos wytlumaczyc za pomoca mowy ciala), a ostatnio nawet pieklam z nimi tradycyjne "Sel Roti", a wiec slodkie krazki wytwarzane z ryzu! Nepalczycy potrafia zrobic z ryzu doslownie wszystko! Ryzowa mase leje sie na rozgrzany olej reka, oczywiscie kilkukrotnie probowalam to robic i... wychodzilo mi wszystko, ale na pewno nie przypominalo to krazkow. Nie wiem, czy kiedys dojde w tym do wprawy :)
Ostatnio "Amy" postanowily takze ubrac mnie w tradycyjne sari. Bylo jak zwykle duzo smiechu. Wlasnie tak razem spedzamy czas! :)



I czasami, jakby na deser, jakby w nagrode po wytezonej pracy, takim oto widokiem Himalajow podczas zachodow slonca mozemy sie delektowac! Cos pieknego!


Dzisiaj (30.01) jestesmy w Kathmandu (stad ta koncowka tekstu bez polskich znakow - wybaczcie), mielismy tutaj kilka waznych zadan do wykonania, ale jutro juz wracamy do Bakrang! Budowa na nas czeka! I Filut, za ktorym juz tesknimy. Ponoc wciaz w Bakrang jest i nas wypatruje. Bardzo pomaga nam nasza sasiadka - Tulasa Ama - ktora otrzymala od nas ryz i obiecala karmic naszego malego przyjaciela. Mam nadzieje, ze ucieszy sie na nasz widok. Ale o tym wszystkim przeczytacie juz w kolejnym poscie :)

Pozdrawiamy Was serdecznie!

Komentarze

  1. Witajcie, widzę, że nie tylko wyspecjalizujecie się w nadzorze budowlanym, ale i edukacji i opiece nad zwierzętami. Brawo! Miło patrzeć, jak szkoła rośnie w oczach! Udanych wakacji w Indiach. Ostatnio skończyła mi się "tea masala" i stwierdziłam, że to znak, że trzeba pojechać na subkontynent. Przecież JUŻ ponad tydzień minął od powrotu z podróży, ha, ha!
    Uściski! Iwona
    aka "Itchy Feet" - czyli "Swędząca Stopa" :-)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty