Operacja w Nepalu...? Czemu nie.

Myślałam, że przez niemal siedem miesięcy nieustannego pobytu w Nepalu przeżyłam wszystko, co mogło mnie tu spotkać. Po tak długim czasie niemal każdy aspekt wydaje się już swojski, uładzony, zupełnie naturalny. I prawie nic mnie już nie zaskakuje. Co najbardziej istotne - myślałam, że przeszłam w tym kraju wszystkie możliwe choroby. Nic to, że w Polsce w ciągu ostatnich dwóch lat, jakby tylko dla zasady, dopadało mnie raz do roku wyłącznie średniouciążliwe przeziębienie.

W Nepalu walczyłam natomiast już ze wszystkim - była grypa, zapalenie krtani i utrata głosu. Bóle zęba, uszu i brzucha. Systematyczne problemy żołądkowe, biegunki, wymioty. Przeróżne alergie, nieustanne katary, przewlekłe kaszle i zmiany na płucach. Cztery razy zażywałam antybiotyk. Raz, choć na krótko, odwiedziłam nawet szpital. Łatwiej przyszłoby mi chyba zliczyć te dni, kiedy byłam całkowicie zdrowa, niż te, w których chorowałam. Klimat Nepalu i jego bakterie ewidentnie mi nie służą. Ze wszystkim jednak zawzięcie walczyłam. W końcu przecież musi przyjść taki moment, kiedy mój organizm się uodporni, prawda?

W pamiętny czwartek (26.05.2016) do powrotu do Polski zostało nam już tyko 20 jakże krótkich dni. Dni uciekających tak szybko, jak woda przepływa przez palce dłoni. W tym czasie przecież nie mogę już na nic zachorować. Bo niby jakie miałoby być prawdopodobieństwo? 1 do 100? Za dużo już problemów ze zdrowiem. Czy nie mam racji? Czy źle myślę?

Tego dnia obudziłam się wypoczęta i wyspana jak nigdy. Przy świetnym samopoczuciu szykowałam się z Maciejem do porannej jogi. Wystarczyła jednak godzina, aby oto rozpoczął się cykl przedziwnych i zaskakujących wydarzeń. Od czego się zaczęło? Poczułam ból z lewej strony. U dołu brzucha. Ból silny, długotrwały, jeszcze wtedy dla mnie nieznany. Wzięłam dwie tabletki i położyłam się na pół godziny. Nie jeden ból w Nepalu już przeżyłam. Nic to takiego.

Bół minął, ale joga wypadła z naszego harmonogramu. Zawsze możemy przecież poćwiczyć wieczorem. Zasiedliśmy zatem do królewskiego, przepysznego śniadania na tarasie. Tuż po jego zakończeniu biegłam jednak prędko do pokoju, by położyć się na naszej podłodze. Ból wrócił i cisnął mi łzy do oczu. Co znowu do jasnej cholery? - pomyślałam i zażyłam kolejną tabletkę.

Godzina leżenia i wreszcie ulga. Pora się ruszyć, bo szkoda tak pięknego, słonecznego dnia. Wybieramy się zatem do pobliskiej kafejki internetowej. Maciej pisze maile, a ja publikuję ostatniego posta na blogu. I znów powtórka z rozrywki. Ból sprawia, że zginam się w pół i nie mogę oddychać. Jest jeszcze silniejszy niż poprzednio. Zażywam Ketonal, który miałam w torebce i czekam w pozycji embrionalnej przy komputerze, aż tabletka przyniesie ulgę.
-To nie jest normale. Pojedziemy do szpitala? - pyta Maciej.
Na samo słowo szpital po moich plecach przechodzi gęsia skórka. Na pewno nie pojadę do żadnego szpitala. Na pewno okaże się, że nic mi nie dolega, a ból sam przejdzie.

Po dwudziestu minutach tabletka faktycznie przynosi błogą ulgę. Czuję się jak nowo narodzona. Trzeci epizod bólowy w ciągu jednego dnia to i tak już za dużo. Wystarczy tych wygłupów. Dokańczam publikowanie posta i wspólnie wybieramy się do pobliskiego supermarketu. Już w drodze widocznie spowalniam kroku. Znów czuję, że ból nadciąga. Jest jak olbrzymia kula, która toczy się z górki i z każdą minutą przybiera na sile.

W sklepie wytrzymuję zaledwie pięć minut. Wychodzę. Muszę usiąść, bo inaczej mimowolnie się przewrócę. Czuję, że coś rozrywa mi wszystkie wnętrzności w podbrzuszu. Biorę kolejny Ketonal. To już piąta tabletka, a ja czuję się coraz gorzej. Siedzę skulona z głową przy kolanach. Ból tym razem niestety mnie przerasta. Tracę kontakt ze światem, nie wiem co się dzieje dookoła mnie. Płaczę i błagam tylko, choć niewiadomo kogo, aby przestało boleć.

Jak się okazało, tuż obok nas siedziała pewna sympatyczna Nepalka, która podpowiedziała Maciejowi, że całkiem niedaleko znajduje się szpital. 10 minut stąd. Jakby wszystkiego było mało, w czwartek w Nepalu trwał strajk - nie jeździły żadne autobusy ani taksówki.
-Dasz radę iść? - pyta Maciej.
-Nie wiem, spróbuję.- wstaję, podpieram się o jego ramię i powoli idę przed siebie. Byle do szpitala, byle do szpitala.

Ktoś nas jednak zatrzymuje. To ta sama pani ze swoim mężem na skuterze. Mąż proponuje, że zawiezie mnie do szpitala, a potem wróci po Macieja. Nad niczym się już nie zastanawiam i na niczym mi już nie zależy. Płaczę z bólu, choć łzy ukrywam pod okularami przeciwsłonecznymi. Wsiadam na skuter. Za chwilę jestem już na Emergency, choć jak przez mgłę pamiętam to miejsce. Kładę się na łóżku i proszę, by zrobili coś z tym cholernym bólem. A lekarze i pielęgniarki... nie wiedzą co począć. Patrzą się na mnie, dotykają brzucha i zadają jakieś mało klarowne pytania. W międzyczasie dociera Maciej. Lekarz twierdzi, że to nerki. Prawdopodobnie kamienie w przewodzie. Problem w tym, że nerki w ogóle mnie nie bolą i nie mam z nimi żadnego problemu, co nieustannie powtarzam jak mantrę.

Lekarz chce zrobić USG. Maciej patrzy na mnie i mówi, że jeśli robić badania, to na pewno nie tutaj. Rozgląda się dookoła - wszędzie jest typowy, nepalski brud, chaos i zaniedbanie. Warunki ponoć tragiczne, choć mój ból nie pozwolił mi tego zarejestrować.
-Pojedźmy do Grande, tam gdzie byliśmy miesiąc temu. To prywatny szpital o typowo europejskim standardzie. - proponuje Maciej.
Ketonal znów zaczyna działać, ja łapię kontakt ze światem i bezapelacyjnie się zgadzam.

Przed szpitalem spotykamy dwie dziewczyny, które widziały nas ponoć pod sklepem. Razem z grupką innych osób szukają dla nas taksówki. Każdy biegnie w inną stronę. Wszyscy liczą na to, że coś jednak pojedzie. Po 10 minutach wreszcie się udaje. Kierowca wiezie nas do kolejnego szpitala na awaryjkach i nieustannie używa klaksona. Jedzie szybciej niż niejeden ambulans, a ja zastanawiam się, czy uda nam się przebyć tę drogę bez żadnego wypadku.

Lądujemy na Emergency w Grande International Hospital, a ból znowu wraca. Obsługa szpitalna - jak zwykle pierwsza klasa. Wokół mnie dwóch lekarzy i trzy pielęgniarki. Kładą mnie na łóżku, zakładają wenflon i wpuszczają zbawienne, dożylne leki przeciwbólowe. Czuję jak medykament podróżuje przez moją rękę i klatkę piersiową aż do brzucha. Ciało się rozluźnia, a sufit zaczyna przyjemnie wirować. Ból ustępuje. Właśnie dociera do mnie gdzie jestem. Znowu tutaj... znowu szpital. Jak to możliwe?

Potem rzeczy dzieją się już niemal automatycznie. Krótki wywiad, kroplówka, pobieranie krwi i badanie brzucha. Lekarze każą mi wypić litr wody i wysyłają na usg. Elegancki Nepalczyk chyba przez dziesięć minut jeździ małą maszyną po moim brzuchu i wpatruje się uważnie w monitor. Raz każe nabierać powietrze, a raz je wypuszczać. Maciej wszędzie mi towarzyszy. Nie opuszcza mnie nawet na krok.


-Jest problem... - mówi lekarz, a ja z niedowierzeniem zamykam oczy.
-Fuck, fuck, fuck! - powtarzam trzykrotnie w myślach - Czy to się dzieje naprawdę? Przecież do wylotu zostało tylko 20 dni. Przecież przeszłam wszelkie możliwe choroby. Przecież miałam być już zdrowa!
Jak się okazało, prawdopodobieństwo 1 do 100 było w moim przypadku jednak wystarczającym prawdopodobieństwem.

Lekarz rozpoczyna monolog o probemie z lewym jajnikiem. Że widzi dużą, prawie 8 centymetrową masę. Że to prawdopodobnie "dermoid", że przez usg nie może tego potwierdzić na sto procent, że nie jest w stanie powiedzieć, czy jest "twisted", ale w kółko powtarza "please, don't worry, please, don't worry". Do zmartwienia jest mi jeszcze daleko, bo przecież i tak nie wiem czym jest rzekomy "dermoid". Lekarz ostatecznie stwierdza, że do potwierdzenia diagnozy potrzebny jest rezonans magnetyczny.

Wracam na Emergency - znów z potężnym bólem i znów dostaję dożylne leki przeciwbólowe. Uruchamiamy Internet w telefonie, by rozwiązać zagadkę, co tak naprawdę we mnie tkwi.
Z angielskiego na nasze "dermoid" to torbiel skórzasta. Ok.
Po kilku zdaniach wyjaśnienia zbiera mi się jednak na wymioty. Że w środku są niby włosy, zęby i kawałki kości? Obrzydliwe. Skąd niby takie cholerstwo?

W międzyczasie pojawia się lekarz i pyta o zgodę na rezonans magnetyczny, który ma potwierdzić diagnozę. Jak mus to mus. Spędzam w kapsule 45 minut, myśląc już o tym, za ile godzin wyjdę do domu. Maciej czeka w pokoju lekarskim i wszystko dokumentuje zdjęciami.




Ponownie wracamy na Emergency i czekamy na wstępne wyniki. To jednak dermoid. Faktyczny raport z badania ma być gotowy następnego dnia. Ze względu na ciągłe napady bólu lekarze chcą mnie zostawić na noc w szpitalu. O nie, tylko nie to! Akurat w tym momencie czuję się dobrze i nic mnie nie boli. Pytam, co powinnam zrobić w związku z tym małym potworkiem w moim brzuchu. Następnego dnia mam odbyć w szpitalu wizytę u ginekologa. No dobrze. Wrócę na noc do domu, a jutro ponownie przyjadę do szpitala. Plan idealny.

Maciej namawia mnie, abym została w szpitalu. A co jeśli ból wróci? Lekarze też nalegają i zaznaczają, że przy nawrocie bólu będę musiała w nocy tutaj ponownie przyjechać. Proszę o 10 minut na przemyślenie. Wychodzimy na korytarz. Dzwonię do ubezpieczalni zgłosić zdarzenie. W rzeczywistości na podjęcie decyzji nie potrzebowałam nawet tych cholernych 10 minut.

Na Emergency wracałam prawie na czworaka. Kolejny napad bólu. Znów ląduję w łóżku, znów płaczę i nie mogę oddychać.
"Przepraszam, za moje niezdecydowanie, zostanę tutaj tak długo jak chcecie, tylko proszę, zróbcie coś z tym bólem!" - myślałam po cichu, a Maciej trzymał mnie za rękę i ocierał łzy z moich policzków. Pielęgniarka niczym anioł przyniosła kolejny zastrzyk i znów było lepiej. Na Emergency spędzam jeszcze około godziny. Do szpitalnej sali na "Matternity Ward" trafiamy około 22:00. Nie mamy ze sobą nic. Nawet szczoteczek do zębów.

Otrzymuję swoje supernowoczesne, elektryczne łóżko i stylowe, różowe wdzianko. Maciej zostaje razem ze mną i śpi na rozkładanym fotelu, tuż przy moim łóżku.


Wszystko jest tutaj czyste i zadbane, a pielęgniarki są niezwykle miłe i sympatyczne. Do tego sprzęty o jakości pierwszej klasy. Ciągle ktoś się pyta jak się czuję, ciągle ktoś koło mnie skacze. Jestem tym wszystkim wyraźnie speszona i wciąż zastanawiam się, czy nie było trzeba jednak wrócić do domu. Po czym szybko o tym zapominam. Ból znów doskwiera i znów otrzymuję dożylne środki. W zasadzie to czuję się jak na haju. Pięć tabletek i pięć zastrzyków przeciwbólowych. Do końca chyba nie wiem, co jest prawdą, a co imaginacją.
Tak spędzamy naszą pierwszą, jednak jak się później okaże, nie ostatnią noc w szpitalu.

W nepalskim szpitalu wszyscy wstają tuż po piątej nad ranem.
-Perfekcyjnie-idealnie! - pomyślałam widząc pielęgniarkę, która niosła dla mnie wymarzone śniadanie - strzykawkę z kolejnym środkiem przeciwbólowym.
Kręcąc się z prawej na lewą i z lewej na prawą oraz dla rozrywki przyjmując od czasu do czasu kolejne leki - przeleżałam w łóżku aż do 10:00. Wtedy też odwiedza mnie moja nowa pani ginekolog. Lekarz-bóg, który ma wkrótce rozwiać wszystkie wątpliwości. Wystarczyło tylko, że szeroko uśmiechnęła się do mnie, a ja już poczułam do niej sympatię.


Oczywiście moje wewnętrzne, naiwne dziecko było głęboko przekonane, że lekarka wypisze receptę na kilka medykamentów i ku mojej równie dziecinnej uciesze pozwoli mi wrócić do domu. Ale nic z tych rzeczy. Przecież bez odrobiny dramatyzmu w fabule nie byłoby filmu.

Lekarka o wdzięcznym imieniu Bandana Shrestha grzecznie spytała o moje samopoczucie, uważnie przeczytała wszystkie raporty z badań i skontrolowała brzuch. Następnie w asyscie pielęgniarek usiadła przy moim łóżku, wyciągnęła kartkę papieru, poprosiła o długopis i rozpoczęła rysowanie. Pomyślałam, że to miało być przecież spotkanie z ginekologiem, a nie artystą-malarzem. Lekarka nie realizowała oczywiście swoich niespełnionych marzen z dzieciństwa, ani też nie rysowała dla mnie uroczej laurki na otarcie łez.

Po chwili na kartce papieru prezentował się już okazały układ rozrodczy. Spersonalizowany specjalnie dla mnie - z uroczym potworkiem na lewym jajniku.
Lekarka wytłumaczyła nam szczegółowo wszystko krok po kroku. Torbiel nie jest duża ale olbrzymia (jak do tego doszło, skoro przed wyjazdem byłam zupełnie zdrowa? Who knows!), nieustanne epizody bólowe wskazują na to, że niebawem będzie pękać, a na zdjęciach z badań nie widać żadnej zdrowej tkanki - potworek chyba wgryzł się zatem w cały jajnik i urządził tam sobie przytulne mieszkanko. Jaka była ostateczna konkluzja? Lekarka chce operować jeszcze dzisiaj.

Zaraz, zaraz! Chcą mnie ciąć? Ale jak to? Tu i teraz? W NEPALU?! O ironio losu.
-Da się uratować jajnik? - pytam.
-Nic na to nie wskazuje, ale jeśli tylko zobaczę zdrową tkankę, zrobię wszystko, co tylko potrafię.- odpowiada lekarka.

Pal licho jajnik i potworka. Skoro trzeba wycinać te złączone ze sobą od niedawna bliźniaki syjamskie, to niech tak będzie. Nie ma się nad czym rozwodzić. Ale operacja w Nepalu nie brzmi jakoś przesadnie dobrze... Zamyślona patrzę przez okno. Chociaż widok ze szpitala jest niczego sobie.


Pytam zatem, czy mogę poczekać trzy tygodnie i zrobić operację w Polsce, gdy na dobre już wrócimy. To ponoć najgorsza opcja. Ból wskazuje na pękanie torbiela i trzech tygodni raczej na pewno nie wytrzymam. To zbyt ryzykowne.
No dobrze. Rozumiem. Nie chcę być w końcu wieziona na sygnale którejś nocy do szpitala, po to by zmagać się z jeszcze większymi szkodami.

Więc może ubezpieczalnia zakupi nam bilet powrotny do Polski na jutro i natychmiastowo odbędę operację? Lekarka stwierdza, że ostateczna decyzja należy oczywiście do nas, ale stanowczo odradza takie działanie. Nikt nie wie, kiedy tak naprawdę potworek zechce pęknąć. A zmiana ciśnienia w samolocie może to pękanie tylko przyśpieszyć. I co wtedy? Kto wykona operację ponad chmurami? Czy leci z nami doktor?

Czyli wszystko niemal jasne. Nasze kombinacje w niczym nie pomogły. A więc najlepsze rozwiązanie to natychmiastowa operacja w Nepalu. Prosimy zatem o chwilę czasu na zastanowienie. Doktor Bandana jest jednak tak miła, sympatyczna i kompetentna, że, ku własnemu zdziwiniu, niemal bezgranicznie jej ufam. Choć wcale jej nie znam. Jeśli ktoś będzie miał mnie tutaj ciąć, to tylko ona. Czy chcę jednak ryzykować? Tego jeszcze nie wiem.

Zastanawiamy się więc z Maciejem, jaką podjąć decyzję. Niczego nie jestem pewna i czuję się zdezorientowana. I właśnie wtedy mój wewnętrzny potworek, przez którego zresztą znalazłam się w tej patowej sytuacji, okazał się być dla mnie najlepszym doradcą.


W ciągu kilku sekund dostaję kolejnego ataku bólu. Zwijam się w kłębek i płaczę. Pielęgniarka podaje mi kolejny przeciwbólowy medykament i głaszcze po głowie.
-Don't worry, don't worry. Now will be ok. - szepcze.
Środek znów błogo rozpływa się po moim ciele. Tak wyczuwalnie, że doskonale wiem, w którym znajduje się miejscu. Płynie szybko, działa silnie i po chwili ucisza potworka. Ból ustaje.

Zaalarmowana napadem lekarka znów pojawia się na sali. Mówi, że napady będą ciągle się powtarzać. Na pewno nie przetrzymam przelotu samolotem. Albo więc potworka usuniemy i pozwolimy mi wydobrzeć, albo będzie boleć do czasu, aż sam pęknie, rozleje się i spowoduje jeszcze większe szkody. A wtedy i tak zrobią natychmiastową operację. I to bez mojej zgody.

Napady bólu nie pozwalają mi normalnie funkcjonować, a przeciwbólówki działają zaledwie od dwóch do trzech godzin. Teraz jestem już pewna swojej decyzji. Chcę operacji! Doktor Bandana może mnie ciąż wzdłuż i wszerz. Niech tylko wyciągnie ze mnie to gówno!

Dzwonimy do ubezpieczalni, aby pokryli koszty pobytu na Emergency, operacji i hospitalizacji. W sumie około 12 tysięcy zł. Szpital jest drogi, ale najlepszy, do jakiego mogliśmy w tym kraju trafić. W typowym nepalskim szpitalu operacji bym sobie raczej zrobić nie dała.

Bój z ubezpieczalnią nie był oczywiście łatwy. Pracownicy zażyczyli sobie mojej dokumentacji medycznej sprzed dwóch lat. Obawiali się bardzo, że przyjechałam leczyć się do jednego z najbiedniejszych krajów trzeciego świata.
Dokumentacja medyczna była oczywiście tylko pobożnym życzeniem. Jak miałam ją niby dostarczyć z łóżka w nepalskim szpitalu? Podjęliśmy mimo to próbę. Placówka medyczna w Polsce stwierdziła jednak, że na zebranie i przesłanie mojej dokumentacji potrzebuje czterech dni, bo przecież wszyscy mieli w tym czasie ważniejsze sprawy. Świętowali bowiem długi weekend. Zapewne przy piwie i grillowanej kiełbasie.

Musieliśmy rozpocząć straszenie ubezpieczalni dziennikarzami i nagłośnieniem sprawy, by wreszcie znaleźli jakże logiczne i sugerowane przez nas uprzednio rozwiązanie. Podpisałam papiór, że nie byłam świadoma jajnikowej choroby przed wyjazdem i na jajnikową chorobę się przez ostatnie dwa lata nie leczyłam. A jeśli bezczelnie kłamię - posłusznie, z podkulonym ogonem zwrócę poniesione przez ubezpieczalnie koszty. No problem. Wcześniej nie chorowałam, więc papiór podpisywałam lekkim piórem. Cała przeprawa trwała jednak niepotrzebne dwie godziny.

Nic to! Najważniejsze, że ubezpieczalnia zobowiązała się pokryć koszty, a mnie zaczęto przygotowywać do operacji. Doktor Bandana pomachała do mnie dłonią i powiedziała, że będzie na mnie czekać na sali operacyjnej.




Po chwili, w kolejnym stylowym wdzianku i czepku na głowie, kładłam się już na łóżko w sali przgotowawczej, gdzie dożylnie podawano mi milion specyfików. Zgodnie z zapowiedzią czekała tam na mnie lekarka i przesympatyczny anastazjolog. Obydwoje przez cały czas rozśmieszali mnie do łez, a na koniec wspólnie śpiewali "Don't worry, be happy!".



Pożegnałam się z Maciejem i o 17:30 pojechaliśmy na salę operacyjną. Tam podłączyli do mnie różne dziadostwa, jeszcze chwilę porozmawialiśmy o Polsce, różnicy kulturowej między moim krajem a Nepalem i książce, którą piszę. Anastezjolog podał mi magiczny, mleczny w kolorze zastrzyk, oczy zrobiły się ciężkie i po kilku sekundach, nie wiedząc nawet jak, gdzie i kiedy, po prostu przestałam istnieć.

Potem słyszałam kilkukrotnie moje imię i doktor Bandana zaczęła mnie wybudzać. Byłam na sali pooperacyjnej i przez olbrzymią mgłę obserwowałam pielęgniarki chodzące dookoła mojego łóżka.
-Operacja się udała. Torbiel była skręcona. To była najlepsza decyzja, jaką mogłaś podjąć. - powiedziała lekarka.

Potem transportowano mnie znów na moją przytulną salę. Już na korytarzu przywitał mnie Maciej i powiedział, że wszystko trwało dwie godziny. I że widział tego potworka, co go ze mnie wycięli! Że pielęgniarka wyniosła go na metalowej tacce! Specjalnie, żeby pokazać Maciejowi. Ponoć olbrzymie bydle. Straszne obrzydlistwo. I że ponoć doktor Bandana zrobiła komórką zdjęcia, jak potworka ze mnie wycina. I że też je widział. Urocza, szalona kobieta - pomyślałam jeszcze na wpół przytomna.

Potem znalazłam się już na sali. Ktoś mnie przekładał z łóżka na łóżko, ktoś dawał mi zastrzyk w udo i wpuszczał przez wenflon dożylne leki. Kilka razy prosiłam o przeciwbólówki, zastanawiając się, kiedy bolało bardziej? Teraz czy przed operacją? Ktoś przykrywał mnie kocem, a ja kontrolnie chwytałam się za brzuch. Tak jakbym niby chciała sprawdzić, czy faktycznie wycięli to, co potrzeba. Ktoś gasił i zapalał światło, ktoś ciągle do mnie zaglądał, ktoś mierzył mi ciśnienie, a Maciej chyba strasznie chrapał. I tak nastał ranek.

Przy pomocy pielęgniarek pierwszy raz wstałam z łóżka i zrobiłam prawdopodobnie komiczną rundkę dookoła mojej sali. Kilka godzin później rozpoczęłam też samodzielne, choć wciąż komiczne wędrówki do toalety. Wszystko oczywiście w ciężkim bólu. Ale co tam. Ból przecież mija.

Potem doczekałam się upragnionej wizyty doktor Bandany. Potworek wycięty. Razem z jego przytulnym domkiem, a moim jajnikiem. Żadnej zdrowej tkanki niestety nie było. No i teraz powinnam być już jak nowa. Ale dopiero za jakieś 3-4 tygodnie.


W szpitalu ostatecznie spędziłam 5 dni. W tym czasie, dopiero dzień po operacji, o wszystkim poinformowałam mamę.

Podczas pobytu odwiedzała mnie nie tylko moja doktor, ale również znajoma z Polski - Krysia i Pan Ram. A gdy czułam się już odrobinę lepiej - przyszedł czas na drobne wygłupy. 




Do domu Pana Rama w Kathmandu wróciłam ostatecznie w poniedziałek (30.05.2016). I tak leżę codziennie długimi godzinami w łóżku, bo nie wolno mi się zbyt wiele ruszać. Tyle co do łazienki i z powrotem. Brzuch wciąż jest obolały i spuchnięty. Nic to, że wyglądam jak w piątym miesiącu ciąży. Teraz już przynajmniej wiem, jaką w przyszłości będę miała sylwetkę z ciążowym brzuchem.

I tak leżę, leżę, leżę i cholera mnie trafia! Na nasze trzy ostatnie tygodnie pobytu w Nepalu mieliśmy wielkie plany. Wyjazd do Gorkha i pożegnalna wizyta w Bakrang-6. Uściski z dzieciakami ze szkoły i mieszkańcami wioski. Beztroskie przechadzki po urokliwym Bhaktapur, spacery po Patanie, ostatnie wizyty na Durbar Square i w pobliskich świątyniach. Do tego kilka kilo obowiązków związanych z projektem i ostatnie, przedwyjazdowe zakupy. I co? Nic z tego! Ależ ja byłam naiwna.

Lekarka zabroniła niemal wszystkiego. Nie mogę pojechać ani do Gorkha ani do Bakrang. Maciej będzie to musiał zrobić samodzielnie. I będzie musiał za mnie z wszystkimi się pożegnać. To najsmutniejszy scenariusz, jaki może mieć tylko miejsce.
No i o Bhaktapur, Patanie i całej reszcie też mogę tylko pomarzyć.

Co mi zatem wolno? Leżeć. I brać milion tabletek, które sprawiają, że nieustnnie jestem senna. I za dwa tygodnie wsiąść do samolotu i wrócić do Polski. I dbać o szybki powrót do zdrowia. I nic więcej. A najbliższa możliwa sesja jogi... najwcześniej za trzy miesiące.

No i to koniec tej szalonej historii. Gdyby któraś z Was, drogie kobietki, potrzebowała dobrego ginekologa bądź musiała się pilnie zoperować, zapraszam do Nepalu! Prosto w ręce doktor Bandany :) Jeszcze nigdy na swojej medycznej ścieżce nie spotkałam tak dobrego, kompetentnego, przyjacielskiego, miłego i ludzkiego lekarza. Jak zwykle miałam mnóstwo szczęścia! Doktor Bandana - serdecznie dziękuję za wszystko! Teraz mogę bezpiecznie wrócić do Polski.


Tymczasem wracając do spraw projektowych - Maciej został na polu bitwy niemal ze wszystkim sam. Podczas gdy ja wegetuję w łóżku, on próbuje pozamykać wszystkie niedokończone kwestie.

Jeśli chodzi o pręty metalowe 20mm - choć zamawialiśmy je ponad 26 dni temu i miały pojawić się w Bakrang po 5 dniach, wciąż jeszcze nie dojechały. Chyba nikogo z Was to nie dziwi, prawda? Nas w zasadzie też już nie.

Maciej od trzech dni walczył ponownie o uzyskanie wizy na listopad i grudzień. Najpierw, jak zwykle, odsyłano go od pokoju do pokoju po kolejne podpisy. Po długich naciskach urzędnicy w Ministerstwie Edukacji zgodzili się wystawić odpowiedni papier (choć uprzednio twiedzili, że Maciej powinien udać się do zupełnie innego Ministerstwa). Tego dnia było już jednak za późno, więc urzędnicy kazali mu wrócić za dwa dni.

Maciej tak też uczynił. Ministerstwo wystawiło papier (uwaga, prawdopodobnie na wizę studencką! Śmiech na sali), z którym Maciej powędrował do Departamentu Imigracji. Tam urzędnicy poinformowali go, że nie może obecnie otrzymać przedłużenia wizy. Ma niby przylecieć do Nepalu w listopadzie i wtedy po okazaniu papierów na pewno wizę otrzyma. Ale czy na sto procent? Tego już nikt nie jest w stanie potwierdzić.
-A jak mnie nie wpuszą do Nepalu?
-No to najwyżej będziesz tu dwa miesiące nielegalnie - powiedział urzędnik na kierowniczym stanowisku w departamencie Imigracji. Maciej szeroko wytrzeszczył oczy.
-Ale ja chcę tu przebywać legalnie...
-No tak, ale po co, skoro możesz być nielegalnie?
Dacie wiarę w słowa urzędnika? My wciąż w to jeszcze nie wierzymy! Okazuje się jednak, że Nepal w dalszym ciągu potrafi nas jeszcze zaskoczyć.

Ostatecznie Macieja odesłano do szefa szefów, który przejrzał papiery i potwierdził, że na pewno zostanie wpuszczony do Nepalu. Na szczęście do osiągnięcia limitu rocznego pobytu w Nepalu zostanie nam jeszcze po wyjeździe 9 dni. Maciej 9 dni spędzi zatem na wizie turystycznej, a potem ponoć na sto procent otrzyma przedłużnie pobytu na listopad i grudzień na wizie... studenckiej :) Wznowi budowę szkoły, a ja dojadę do Nepalu na początku przyszłego roku. Wszystko jak zwykle jest tutaj bardzo skomplikowane.

Z dobrych wiadomości, które trafiły do mnie zupełnie niespodziewanie trzeciego dnia czerwca - moja praca magisterska została nagrodzona w konkursie im. Floriana Znanieckiego! Niezmiernie się cieszę! Podczas odczytywania maila łzy szczęścia napłynęły mi pod powieki! 18 czerwca, między jedną powitalną kolacją a drugą, będziemy pędzić z Maciejem na złamanie karku do Warszawy, aby odebrać nagrodę podczas uroczystej ceremonii.

Dzisiaj byłam też na kontrolnej wizycie u Doktor Bandany - choć brzuch jeszcze pobolewa i jest spuchnięty - wszystko ładnie sie zabliznia :) Kolejna wizyta juz za tydzien.

A co będzie działo się w najbliższym czasie?
Maciej w poniedziałek (06.06.2016) pojedzie do Bakrang, by dopilnować sprawy tajemniczych prętów, a także pożegnać się z Prakashem, dzieciakami i mieszkańcami wioski. Za nas oboje. Ja tymczasem w pozycji leżącej będę dalej wracać do zdrowia w Kathmandu (za jakie grzechy się pytam?!). 15 czerwca o 7:40 czasu nepalskiego wsiądziemy w samolot i, choć wciąż w to jeszcze nie wierzę, po okrągłych 7 miesiącach wrócimy do Polski...

Tak, boję się powrotu. Boję się mojego kraju w nowym, politycznie niepokojącym wydaniu. Boję się codzienności. Normalności. Zwykłego życia. Szczególnie teraz, gdy w podróży odkryłam wielką pasję. Boję się, że powrót, po kilku pierwszych tygodniach pełnych wrażeń, spędzonych z rodziną i  najlepszymi przyjaciółmi, wpędzi mnie w depresję. Na szczęście książka, którą piszę, będzie moją motywacją do działania.

Od dawna wiedziałam, że Nepal już zawsze będę dażyć ogromnym sentymentem. To w końcu moja pierwsza wielka podróż. Pierwsza świadoma decyzja o odrzuceniu dotychczasowej stabilności. Pierwsza wielka zmiana w życiu. Pierwsze siedem miesięcy spędzonych poza granicami kraju. Pierwsza wizyta w jednym z nierozwiniętych, ubogich krajów świata. Pierwsze zderzenie kultur. Pierwsza fascynacja odmiennością i podróżą. Byciem w ciągłej drodze.


Nie wiedziałam tylko, że przez ten wielki i żarliwy sentyment zostawię w Nepalu namacalną wręcz cząstkę siebie. Dobrze tylko, że to jajnik, a nie serce :) Tak czy inaczej - moje serce zostawię tutaj na zawsze w sposób metaforyczny!

Komentarze

  1. Sylwia, gratuluję nagrody za pracę magisterską! Następna będzie za rozprawę doktorską na temat "(absurdów) pomocy humanitarnej". Moja droga, jesteś teraz światowej sławy specjalistką w tym temacie!!!
    Wysyłam Ci dużo uzdrawiającej energii!!!Do zobaczenia w Poznaniu!
    I am looking forward to meeting you in person!
    Iwona

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty