Ostatni tydzień w Indiach i wielkie rozczarowanie projektem budowy szkoły

W sobote (20.02.2016) jeszcze przed świtem docieramy do stolicy Indii. Niemal całe miasto wciąż jeszcze śpi. Podróżujemy nowoczesnym i zaskakująco czystym metrem do New Delhi, gdzie rozpoczynamy poszukiwania hotelu. Znalezienie taniego i jednocześnie komfortowego noclegu nie jest łatwe. Odwiedziliśmy kilkanaście miejsc. Większość tanich pokoi standardowo nie posiadała okna i przypominała raczej jaskinię. Ostatecznie udaje nam się jednak znaleźć tani i przyjemny pokój. Po szybkiej toalecie ruszamy na pierwszy podbój miasta. Bez większych problemów rozpracowujemy metro i oglądamy Red Fort, a następnie udajemy się do największego meczetu w Indiach. Zaskakuje nas cena, jaką żądają od nas za wejście. 300 rupii za wstęp do religijnego obiektu? Jesteśmy rozczarowani i poniekąd oburzeni. Idziemy sprawdzić jak wygląda sytuacja przy drugim wejściu. Tam osoba mówiąca lepiej po angielsku tłumaczy nam ostatecznie, że 300 rupii to nie cena za wejście, ale opłata za wniesienie aparatu. Meczet zwiedzamy więc pojedyńczo, bez opłat. Trzeba przyznać, iż robi naprawdę spore wrażenie! Na koniec dnia odwiedzamy świątynię Laxmi Narayan Birla Mandir, w której niestety również nie można wykonywać zdjęć.



Delhi bardzo pozytywnie nas zaskakuje. Na temat tego miasta nieustannie słyszeliśmy same złe opinie. W Internecie przeczytać można informacje o nadmiernie zatłoczonym, nadmiernie brudnym i nadmiernie śmierdzącym Delhi. Według tych informacji turysta nie ma tutaj spokoju. Ani przez chwilę nie może odetchnąć, ponieważ na każdym kroku zaczepiany jest przez sprzedawców, taksówkarzy, bezdomnych i trędowatych. W dodatku musi znosić unoszący się w powietrzu odór moczu i odchodów. Jak pisała autorka "Lalek w ogniu", Delhi jest odbytem całych Indii.

Podczas podróży do Delhi właśnie taki obraz miasta gościł w naszych głowach. Już po pierwszym dniu nie rozumieliśmy, czemu ludzie tak negatywnie odbierają to miasto. Nie jest tu gorzej, niż w innych miejscowościach, które udało nam się odwiedzić - a w ciągu 3 tygodni przemierzyliśmy kilka tysięcy kilometrów po Indiach północnych. Delhi faktycznie jest nadmiernie zatłoczone. Widać tutaj masę ludzką wałęsającą się niemal na wszystkich głównych ulicach. Przemieszczanie się po mieście jest bardzo męczące. Nie przypomina przyjemnego spaceru, to raczej walka, by dotrzeć na miejsce. Nieustanna przepychanka.


Jest tutaj również bardzo głośno, co nie dziwi przy tak dużej ilości ludzi. Co jakiś czas zdarzają się ponadto miejsca, które ludzie, głównie mężczyźni, zaadoptowali na publiczne toalety. W tej sytuacji faktycznie trudno znieść  woń moczu w powietrzu. Jest brudno, ale nie bardziej niż gdziekolwiek indziej w Indiach, które same w sobie są bardzo zaśmiecone. Ludzie zaczepiają turystów, ale są przy tym uprzejmi i nie cechuje ich nachalność. 

W Delhi jest także dużo parków i zieleni. Zmęczeni upałem i nadmiernym tłokiem bez problemu znajdujemy ciche miejsca, w których można przysiąść i odpocząć. Czemu zatem Delhi ma taką złą sławę? - pytamy samych siebie, ale nie znajdujemy odpowiedzi.

Niedziela (21.02.2015) jak zwykle bywa leniwa. Późno rozpoczynamy zwiedzanie, przez co udaje nam się dotrzeć wyłącznie w jeden rejon miasta. Zwiedzamy kompleks świątyń hinduistycznych Chhatarpur Mandir, a następnie udajemy się do figurującego na liście UNESCO Qutub Minar - minaretu wzniesionego z czerwonego piaskowca w XIIIw. Jak łatwo się domyśleć, wejście jest płatne. Pewnie historycy ucieliby mi głowę za to, co napiszę, ale uważamy, że obiekt, w porównaniu z wieloma innymi zabytkami, które widzieliśmy w Indiach, nie jest warty swojej ceny. Na sam koniec udaje nam się wejść jeszcze do kolejnej świątyni Ahinsa Sthal, na której szczycie wznosi się posąg Buddy.




W poniedziałek zwiedzanie rozpoczynamy bardzo wcześnie. W Delhi jest naprawdę wiele obiektów, które warto zobaczyć. Spokojnie przez kilka dni można się tutaj nie nudzić. Pierwszy punkt na liście to Lotus Temple - świątynia, której budynek swoim kształtem przypomina kwiat lotosu. Sam obiekt jest intrygujący, jednak rozczarowuje nas wielkością. Ta sławna świątynia jest jedną z wizytówek Indii i na zdjęciach wygląda znacznie okazalej. W dodatku w każdy poniedziałek jest zamknięta dla odwiedzających, w związku z czym przyszło nam ją oglądać jedynie z zewnątrz.


Następnie udajemy się do Humayun's Tomb, który tym razem pozytywnie nas zaskakuje! To piękny i bardzo duży obiekt, którego zwiedzanie zajmuje nam całe dwie gdziny. Muzułmański grobowiec Humayuna jest okazały z zewnątrz i skromny w środku. Wycieczkę w te miejsce polecamy bezapelacyjnie wszystkim, którzy będą w Delhi! W okolicy znajduje się piękny park Lodi Garden, który także warto odwiedzić. Skrywa w sobie wiele imponujących i okazałych zabytków.


Poniedziałek okazał się być dniem obfitującym w wiele wrażeń. Jeszcze przed zachodem słońca udało nam się zwiedzić Safdarjung's Tomb, a więc kolejny muzułmański grobowiec. Pomimo, iż jest znacznie mniejszy od swojego poprzednika, robi także bardzo duże wrażenie. Tego dnia odwiedzamy również India Gate oraz Dom Prezydenta i tutejszy Parlament. Dwa ostatnie miejsca oglądamy tylko z daleka, ze względu na wizytę Premiera Nepalu w Indiach. Głowy tych dwóch państw ostatecznie zawarły porozumienie i otworzono granice. Od znajomych z Nepalu dowiadujemy się, iż po kilku miesiącach paliwo można kupić wreszcie już nie tylko na czarnym rynku. W dodatku za rozsądną cenę. W kolejce do stacji benzynowych trzeba czekać jednak 3 dni. Minie jeszcze trochę czasu zanim sytuacja w Nepalu po blokadzie ekonomicznej wróci do normy. Wygląda jednk na to, że będzie lepiej!



Wtorek to nasz ostatni dzień w Delhi. Udaje nam się odwiedzić przepiękną i ogromną świątynię Akshardham. To kolejne miejsce w stolicy, które koniecznie należy zobaczyć. Nie można tu wnosić ze soba aparatów i telefonów, przedostanie sie przez punkt kontrolny jest długotrwałe i mozolne, ale gwarantujemy wspaniałe wrażenia wzrokowe! Na koniec naszego pobytu docieramy także do Raj Ghat, a więc miejsca kremacji zwłok Ghandiego. Nieustannie płonie tu święty ogień na jego cześć.


W środę (24.02.2016) wyruszamy metrem do stacji Old Delhi by o 7:45 wsiąść do pociągu w kierunku granicy indyjsko-nepalskiej. Nasze wizy mają już tylko dwa dni ważności. Szybko okazuje się jednak, że pociąg został anulowany. To już drugi raz spotyka nas taka sytuacja. W ostatnim czasie wiele pociągów w Indiach w ostatniej chwili nie wyrusza w trasę i nikt nie jest w stanie wytłumaczyć dlaczego. Dowiadujemy się, iż przed południem odjeżdża kolejny pociąg, tym razem z innej stacji. Nadprogramowe godziny spędzamy na Main Bazaar w New Delhi i, kunaszemu zdziwieniu, ostatecznie udaje nam się opuścić miasto po godzinie 12:00. Z dużym opóźnieniem lądujemy w Bareilly, gdzie już po zmierzchu decydujemy udać się autobusem do kolejnej miejscowości. Docieramy do Pilibhit i rozpoczynamy poszukiwania hotelu. Okazuje się, że w miastach raczej nie odwiedzanych przez turystów nie jest to łatwe. Kilka odbywających się tego dnia wesel również nam nie pomaga. By znaleźć jedyny dostepny pokój objechaliśmy niemal pół miejscowości. Na szczęście zarówno warunki jak i cena okazały się być zadowalające :)

W czwartek ruszamy w dalszą podróż, by dotrzeć do granicy. Wszyscy są tutaj bardzo pomocni. Nwet, gdy nie znają języka angielskiego, starają się wskazać nam drogę najlepiej jak potrafią. A gdy sami nie wiedzą, dyskutują w grupie, by znaleźć dla nas jakieś rozwiązanie. W taki sposób, w miarę szybko i sprawnie, udaje nam się przekroczyć granicę. Jesteśmy ponownie w Nepalu! Na dzień dobry witają nas problemy z wodą, brak prądu i upychanie nadmiernej ilości osób w małych autobusach. Wszystko wydaje się być tutaj zupełnie inne niż w Indiach.

Nasz prawie 4-tygodniowy pobyt w Indiach dobiegł końca. Nawet nie wiemy, kiedy się to wydrzyło. Indie to specyficzny, aczkolwiek szczególny i intrygujący kraj. Prawdopodobnie nie każdy się w nim zakocha, ale z pewnością można go bardzo polubić. Odmienna kultura i wiele fascynujących miejsc gwarantują niezapomniane przygody! Pokonaliśmy tutaj kilka tysięcy kilometrów - to była wspaniała podróż! :)

Po przekroczeniu granicy do Kathmandu planowaliśmy wracać bez pośpiechu. Chcieliśmy po drodze zwiedzić Lumbini - miejsce narodzin Buddy. Otrzymaliśmy jednak od Prakasha informacje o konieczności zatrudnienia dodatkowego inżyniera strukturalnego przy budowie naszej szkoły. Ponadto Prakash powiedział nam, iż musi przenieść wszystkie rzeczy z naszego pokoju w Bakrang-6, ponieważ popękany budynek, w którym zamieszkaliśmy, będzie za dwa dni remontowany przez ludzi z rzeszonej organizacji Korei, Australi i Japoni. Pierwsza nasza myśl? Jak to?! My od ponad 3 miesięcy nie możemy uzyskać zgody na budowę szkoły, a inna organizacja będzie odbudowywać jedyny stary budynek, który przetrwał trzęsienie ziemi? Prakash nie potrafił nam wszystkiego wytłumaczyć przez telefon. W sobotę rano (27.02.2016) szybko zdecydowaliśmy zatem, że czym prędzej jedziemy bezpośrednio do Bakrang.

W autobusie spędziliśmy około 14 godzin. O 2:00 w nocy dotarliśmy do Chitwan i, ku naszemu zdziwieniu, w żadnym hotelu nie było dla nas miejsca. Ostatecznie pozwolono nam przespać się na małej kanapie i krześle w recepcji jednego z hoteli. O 6:00 nad ranem, po kilku niewygodnych godzinach, zostaliśmy wygonieni i łapaliśmy kolejny autobus, tym razem do Gorkha. Na złamanie karku pędziliśmy do Bakrang-6, a gdy już tam dotarliśmy, okazało się, iż Prakash wyjechał z wioski, choć wiedział, że nadjeżdżamy, by wyjaśnić z nim wszystkie sprawy. W międzyczasie udało nam się na szczęście spotkać z Harrym, który bardzo ucieszył się na nasz widok.


Po kilku godzinach udało nam się wreszcie porozmawiać z Prakashem. Zrzeszona organizacja z kilku państw jest właścicielem starego budynku szkoły, który z ich inicjatywy został postawiony w Bakrang 5 lat temu. W związku z tym nie potrzebują zgody na jego reperowanie. Przedstawiciele organizacji w wiosce pojawili się dwa dni wcześniej i oznajmili, że w niedzielę przyślą nepalskich pracowników, którzy już tego dnia rozpoczną pracę. Poprosili zatem o usunięcie wszystkich rzeczy z budynku, w tym całego naszego "domu". Sprawa została wyjaśniona.

Jednak co z naszą budową? Co z pozwoleniami, na które czekamy? Wszystko jest jeszcze bardziej skomplikowane niż przed naszym wyjazdem do Indii. Miesiąc temu w Ministerstwie oznajmiono nam, iż wszystkie nasze papiery się zgadzają i po powrocie z Indii pozwolenie powinno zostać załatwione. Uścisnęliśmy sobie wtedy ręce i wierzyliśmy, że ruszymy z budową. Teraz Ministerstwo wymyśliło, że musimy skorzystać z projektu budowy stworzonego przez mądre głowy z nepalskiego rządu! Jedno pytanie - dlaczego nie powiedziano nam o tym miesiąc temu? Dlaczego nie przekazano nam projektu? Dlaczego potwierdzono, że nasz projekt i nasze papiery nie zawierają błędów? Nikt nie potrafi udzielić logicznej odpowiedzi. Po co w takim razie marnowaliśmy swój czas na szukanie inżyniera, wspólne przygotowywanie planów i wprowadzanie do nich poprawek? Przecież mamy już wykopane fundamenty! Dokładnie pod nasz projekt! Biorąc projekt z Ministerstwa będziemy musielić zmienić praktycznie wszystko. W tym kraju absurd goni absurd...

Prakash powiedział, że na poniedziałek umówi spotkanie w Ministerstwie. Chłopak bardzo się stara - niemal jako jedyny z wszystkich Nepalczyków, którym na szkole powinno zależeć. Dla przykładu, dyrektor szkoły siedzi na miejscu z założonymi rękoma i nie interesuje się zupełnie niczym. Nie chce nawet reprezentować swojej placówki przed urzędnikami w Ministerstwie.

Długo rozmawialiśmy z Prakashem. Oznajmiliśmy mu, że błąd leży tak naprawdę po stronie wszystkich mieszkańców Bakrang-6. W maju obiecali Maciejowi, że załatwią potrzebne pozwolenia i plany do listopada 2015r., tak, abyśmy mogli ruszyć z budową zaraz po naszym przyjeździe. Powtarzali, że niczym nie ma się martwić, że pozwolenia w Nepalu nie są żadnym probleme. Problemem jest tylko brak pieniędzy. 

Podczas gdy my przez 5 miesięcy zbieraliśmy potrzebne pieniądze i naprawdę ciężko pracowaliśmy - nikt z wioski ani razu nie złożył wizyty w Ministerstwie, by dowiedzieć się, co muszą zrobić w sprawie pozwoleń. Gdyby ktoś skontaktował się z urzędnikami, już w listopadzie wiedzielibyśmy, że musimy złożyć wszystkie dokumenty do 15 grudnia - wtedy procedury były załatwiane od ręki. Mieszkańcy wioski mieli przez cały czas z nami kontakt, wiedzieli, że zbieramy aktywnie pieniądze i znali dokładną datę naszego przylotu. Nikt nie zrobił nic w tej sprawie. 

Nasza rozmowa z Prakashem wyglądała jak rozmowa rodziców z niesfornym dzieckiem. Gdyby w Polsce ktoś usłyszał taką pogadankę, powiedziałby "ok, macie rację, nawaliliśmy, przepraszamy". W potocznym języku przyjąłby to na klatę. Prakash tylko pokiwał głową i nie powiedział nic. Widzieliśmy jedynie, że się zmartwił. W sobotę wieczorem długo dyskutowaliśmy z Maciejem na temat naszej sytuacji. Jesteśmy w bardzo złej pozycji, zupełnie nie rozumiemy działania nepalskiego rządu. Co więcej, nie rozumiemy też zachowania nepalczyków. 

W niedzielę spakowaliśmy wszystkie rzeczy z naszego pokoju, który musieliśmy niestety opuścić. Było nam smutno, ponieważ urządziliśmy tam sobie bardzo ładne i przytulne mieszkanko. Bagaże i sprzęty tymczasowo zostawiliśmy w domu Prakasha, po czym wyruszyliśmy do Katmandu.



W poniedziałek (29.02.2016) udaliśmy się do Ministerstwa Edukacji. Czekając na odpowiedniego urzędnika, mieliśmy wrażenie, że tak naprawdę nikt tam nie pracuje. W końcu udało nam się spotkać z samym dyrektorem - Baikuntha Prsadem Aryalem - który przywitał nas ciepło i niemal na samym wstępie oznajmił, że zrobią wszystko, by nam pomóc. Zapowiadało się doskonale, ale tylko na zapowiedziach się skończyło. Czego dowiedzieliśmy się w Ministerstwie Edukacji podczas tego jakże owocnego spotkania?

1) Potwierdzono nam, że musimy jednak zastosować projekt przygotowany przez urzędników i jednocześnie nie odpowiedziano na pytanie, dlaczego nikt nie mówił o tym miesiąc temu, gdy siedzieliśmy w tym samym Ministerstwie na spotkaniu. Tutaj nikt nic nie wiem, a urzędnicy nie rozumieją samych siebie. Przecież to nic takiego, że mamy już wykopane fundamenty. 

2) Powiedziano nam, że w Nepalu, w tej samej sytuacji, co nasza, znajduje się 26 różnych organizacji. Chcą pomóc i zainwestować w Nepal łącznie kilka milionów dolarów. A rząd nie wie co z tym zrobić, jakie zastosować przepisy i czy wydać pozwolenia. Jak rząd ubogiego kraju może postępować w ten sposób, jak mogą nie przyjmować pomocy płynącej z zewnątrz? Nieustannie nas to zaskakuje. W normalnym świecie takie rzeczy się nie dzieją 

3) Na informację o tym, że Maciej sprzedał mieszkanie po swojej babci, a my wszyscy ciężko pracowaliśmy, by zebrać pieniądze - dyrektor zaśmiał nam się w twarz i powiedział jedynie "ok, ok". Czy tak zachowują się ludzie na wysokich stanowiskach? 

4) Co najbardziej istotne - dyrektor powiedział nam, że wciąż musimy czekać. Jak długo? Tydzień lub dwa. Ministerstwo w tym czasie będzie się zastanawiać, czy może wydać zgodę. Nie tylko w naszym przypadku. Takich jak my jest wielu. 

Dyrektor nic więcej nie wiedział, w związku z czym nie uzyskaliśmy żadnych innych informacji. W dodatku ten sam dyrektor nie wiedział, że od ponad miesiąca papiery dotyczące naszej szkoły zalegają w jego Ministerstwie, do spotkania nie był w żaden sposób przygotowany. Czekać, czekać, czekać. To jedyna odpowiedź na wszystko. Problem jest taki, że my mamy już dosyć czekania.

Straciliśmy już nadzieję. W zaskakująco szybkim tempie zaczynamy tracić także siły. W Nepalu spędziliśmy trzy i pół miesiąca czekając na jeden papierek i nieustannie odbijamy się od ściany. Mieszkańcy nie dotrzymali swoich obietnic, rząd prawie wcale nie pracuje i nikomu nie zależy, by przyśpieszyć proces oczekiwania na pozwolenie. To w listopadzie wszystko powinno być gotowe. Tutaj nieustannie odbywają się wyłącznie spotkania i każdy coś nam obiecuje. Są to jednak obietnice bez pokrycia. Poważnie zastanawiamy się nad szybszym powrotem do Polski.

Mamy wrażenie, że Nepal to zupełnie odrębna planeta. Różnice mentalności i poczucia czasu widać na każdym kroku. Tutaj naprawdę można oszaleć. Przez blisko 4 miesięczny pobyt w Nepalu niemal całkowicie straiłam wiarę w pomoc społeczno-rozwojąwą w krajach ubogich. Często współczujemy tym ludziom i chcemy, żeby żyli tak jak my. Chcemy im pomóc i wymyślamy, co możemy dla nich zrobić. A oni tak naprawdę dobrze sobie radzą. Są pogodzeni z losem. Sami sobie nie współczują, a wymysły białych ludzi często wcale bardziej ich nie uszczęśliwiają. Wymysły białych ludzi nie są ich pierwszą potrzebą. Sens ma prawdopodobnie tylko pomoc humanitarna - w pierwszym czy drugim miesiącu po katastrofie. Zapewnić żywność, dostęp do wody, ubrania i tymczasowe schronienia. 

W Nepalu nikomu na niczym nie zależy. Jeśli szkoła powstanie, to dobrze. Jeśli nie powstanie - też dobrze. Nikt nie będzie płakał. Ludzie i tak będa uśmiechnięci i zadowoleni. Dzieci będą uczyć się ciągle w szkole tymczasowej, nikt o to za bardzo nie dba. Dzieci przecież i tak się słabo uczą i nie zdają egzaminów. Nowa szkoła niczego nie zmieni.

Gdy zbieraliśmy pieniądze w Lądku Zdrój spotkaliśmy Sebastiana Kawę - najbardziej utytułowanego pilota szybowcowego w historii, który ostrzegał nas przed Nepalem. Załatwienie pozwolenia na przelot szybowcem nad Himalajami zajęło mu kilka miesięcy i było udręką. Kilka razy powtórzył nam, że ma wiele złych doświadczeń związanych z Nepalem. Ale my - łatwowierni, naiwni i jeszcze wtedy pełni satysfakcji z przyszłej realizacji projektu - myśleliśmy, że z nami będzie inaczej...

Nieustannie zastanawiamy się, co powinniśmy zrobić. Czasami wydaje się nam, że do reszty zwariowaliśmy, że już dawno powinno nas tu nie być, że Nepal nie potrzebuje pomocy. Osobiście jestem bardzo rozczarowana. Głównie tym, jak wyglądają kulisy pomocy społeczno-rozwojowej. Nie zrozumie tego nikt, kto w Nepalu nie był i nie próbował zmierzyć się z tutejszym światem. Jeśli chodzi o samą pomoc, Nepal to nie jest pierwsze miejsce, w którym dochodzi do absurdów. Wystarczy przeczytać książkę "Karawana kryzysu".

Osobiście głęboko zastanawiam się, czy pieniądze inwestowane w Nepal sa dobrze inwestowanymi pieniędzmi. Analiza kilku ostatnich miesięcy podpowiada mi, że nie. Widzę wiele alternatyw, wiele miejsc, w których możnaby te pieniądze zainwestować lepiej. A potem spotykam mieszkańców Bakrang-6, widzę ich uśmiechnięte twarze - mimo ubóstwa i ciężkich warunków. Widzę dzieci radośnie bawiące się przed domami lub ciężko pomagające rodzicom na polach. I chcę tym ludziom pomóc. I myślę, jak dobrze byłoby postawić tu szkołę, dać dzieciom sznsę na spokojną i komfortową naukę.

Nie zmienia to faktu, że w Nepalu wszystko stoi na głowie. Wielu ludzi chce tu pomagać, przywozi ze sobą pieniądze i po miesiącu wyjeżdża, bo nie widzy sensu tej pomocy. Nepal po prostu nie jest na pomoc w żaden sposób przygotowany. Gdyby ktoś zapytał mnie dzisiaj, czy powinien przeznaczyć pieniądze na pomoc w Nepalu - odpowiedziałabym "lepiej pomyśl o innym miejscu".

Nieustannie zastanawiamy się, co powinniśmy robić. Przecież nie będziemy prosić na kolanach, by pozwolono nam pomóc. Na dzień dzisiejszy nie wydaliśmy ani złotówki z zebranych pieniędzy. Postanowiliśmy, że nie wystartujemy z budową zanim nie dostaniemy pozwolenia. Wciaż jednak chcemy wybudować szkołę. Daliśmy urzędnikom kolejne, ostatnie już dwa tygodnie. Jeśli w tym czasie nie otrzymamy zgody, wrócimy wcześniej do Polski. W tym czasie Napalczycy muszą uporać się z pozwoleniami. Gdy je zdobędą i nam je przedstawią - możemy, z rocznym opóźnieniem, w listopadzie 2016 rozpocząć budowę szkoły. Jeśli wrócimy dwa miesiące wcześniej do Polski - w listopadzie i w grudniu możemy ewentualnie przebywać w Nepalu - w ciągu każdego roku mamy tylko 5 miesięcy pobytu.

Jesteśmy rozczarowani i źli. Poczekamy jeszcze dwa tygodnie (połowa marca to i tak ostatni gwizdek na rozpoczęcie budowy, której w 3 miesiące nie da się ukończyć). Zobaczymy, co przyniesie czas. Niestety nie mamy już nadziei. Nie wierzymy, że w tym czasie otrzymamy pozwolenie. Właśnie dopadła nas szara rzeczywistość. Przestaliśmy już okłamywać samych siebie. I nasza sympatia do Nepalczyków, a szczególnie do mieszkańców Bakrang-6, niczego tu nie zmieni.

Komentarze

  1. Sylwio, odbyłaś wycieczkę swojego życia (Indie). Gratuluję!
    Teraz czas chyba wracać do domu.
    Ten projekt i ten kraj potrzebuje pokory i cierpliwości. Zrozumienia misji. To NAM zależy na tej szkole, a nie im. Im jest ta szkoła potrzebna (dzieciom), choćby nie umiały tego wyrazić. Nie dla "wysokich urzędników", ani w "normalnym świecie" ją budujemy.
    Jeśli jesteś tam w roli niosącej łaskę, to nie jest ani miejsce, ani zadanie dla Ciebie.
    Przepraszam za mocne słowa, ale mam wrażenie, że trzeba Cię uszczypnąć.
    Robert (uczestnik programu)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  2. Czytając ostatnie akapity, przypomniało mi się takie powiedzenie:
    nadgorliwość gorsza od faszyzmu. Skoro nie chcą pomocy, to dajcie im spokój. Żyją, są szczęśliwi więc nie organizujcie im życia na wzór zachodni!

    OdpowiedzUsuń
  3. Przykro to czytać... Byłem w Nepalu dwa razy w życiu, kilkanaście lat temu i pamiętam tych biednych ludzi... Oczywiście, zobaczyłem głównie Kathmandu i tylko trochę wzdłuż turystycznego szlaku, więc głównie byli to jednak ludzie uprzywilejowani, są rejony Nepalu do których turyści w ogóle nie docierają i oni tam sobie po prostu żyją z dnia na dzień...

    Człowiek by chciał pomóc całemu światu, pytanie tylko czy taka pomoc tych ludzi uszczęśliwi... Nie wiem...

    W każdym razie póki jest nadzieja - walczcie. Najgorzej by było chyba rozgrzebać budowę i ją zostawić. Pieniędzy nie ma, szkoły też nie ma...

    W najgorszym razie upoważniam Was nawet do zmiany przeznaczenia mojego skromnego udziału i na przykład przekazania tych pieniędzy na PAH albo inną działającą w tym rejonie organizację...

    Namaste!

    OdpowiedzUsuń
  4. Kochana trzymaj się dzielnie! W końcu wszystko się zmieni mam nadzieję! I tak podziwiam Waszą cierpliwość, bo ja to bym sobie już dawno chyba wszystko odpuściła... Ściskam i całuję!
    Justyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Btw Właśnie doszła pocztówka z Indii! Dziękuję bardzo, to była przemiła niespodzianka:) :*

      Usuń
  5. Smutno czytać, bardzo współczuję. Jako żona Nepalczyka i bywalczyni Nepalu dodam, że autorka potwierdza wpisem, że nie zna dobrze kultury Nepalu (nie musi, ale w tej konkretnej sytuacji to utrudnia sprawę). Masz wiele racji, ale nie masz tam gdzie piszesz "W Nepalu nikomu na niczym nie zależy". To bardzo duża nieprawda. W skrócie napiszę, że w Nepalu można zrobić taki brzydki, umowny podział społeczeństwa: politycy i pozostali obywatele. Tym pozostałym bardzo często zależy, ale często "nie umieją", nie wiedzą jak wziąć sprawy w swoje ręce, nie mają narzędzi i wiedzy. Politycy są skorumpowani. Bardzo skorpumpowani i im nie zależy w ogóle i dotyczy to prawie wszystkich. Dosłownie. Stąd wielki problem. Teraz dla nas, ludzi z tzw. zachodu niezrozumiały i nie mieszczący się w racjonalnych ramach by wytłumaczyć, zwłaszcza, że naturalnie chcielibyśmy pomagać, bo przecież Nepal bardzo potrzebuje pomocy. Pozdrawiam i trzymam kciuki by nie tracić wiary w mieszkańców Nepalu, ale polecam też nie tłumaczyć ich sytuacji i zachowań naszymi kryteriami a spróbować lepiej zrozumieć. Oczywiście korupcji to nie rozwiąże, ale może wprowadzi większy spokój.

    OdpowiedzUsuń
  6. Przykro się czyta o Waszych problemach!:(
    Tyle energii włożonej w ten projekt nie może się zmarnować-ona jeszcze wróci:) wytrwajciew w tych działaniach ile się da,choc wiem nie jest to łatwe...trzymam za Was kciuki,podziwiam i pozdrawiam:)
    P.s co do Delhi to zgadzam się z Tobą,myślę że negatywne opinie o mieście wynikają z pierwszego zderzenia z Indiami,dla wielu jest to początek podróży i nie mały szok kulturowy,z czasem człowiek uodparnia się na zapachy,tłumy itp.

    OdpowiedzUsuń
  7. Sylwio :) Twój post obudził moje emocje, którymi najwidoczniej wciąż jestem przesiąknięty, pomimo tego, iż minął już prawie rok od kiedy doświadczyłem trzęsienia w Nepalu. Spędziłem tam 3 najintensywniejsze miesiące swojego życia, z czego 2 w trakcie trzęsienia. Przypomina mi się maj i czerwiec ubiegłego roku, kiedy razem z przyjaciółmi dzień w dzień mozolnie pokonywaliśmy wszelkie bariery by pomóc ofiarom trzęsienia. Przeżyliśmy setki sytuacji, które zniechęcały i odbierały siły. Groza dnia codziennego, praca w upale, nieprzespane noce i oczekiwanie na kolejne trzęsienie może bardzo zmęczyć...Rozumiem Wasze zniechęcenie i złość.
    Napalczycy są jacy są, zdecydowanie inni niż my, ale to piękni ludzie i tak wiele nam do nich brakuje...;) Jeżeli nie uda Wam się otrzymać pozwolenia na czas to może warto się wycofać i poczekać, aż papierki będą gotowe :) Naładować akumulatory i ruszyć po monsoon'ie :) W razie potrzeby służę pomocą. Mógłbym podpytać znajomego czy uda się przyśpieszyć uzyskanie zgody. Pozdrawiam :) Michał

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty