Zaskakujące Indie

Według planu w niedzielę (31.01.2015) wyjeżdżamy z Katmandu i udajemy się w stronę granicy nepalsko-indyjskiej. Podróż z jedną przesiadką zajmuje nam cały dzień. Noc spędzamy jeszcze w Nepalu, po czym w poniedziałek z samego rana, bez żadnych większych problemów, przekraczamy granicę. Na pierwszy rzut oka nie dostrzegam większych różnic między tymi państwami. To jednak tylko pozory. Nepal znacząco odbiega od Indii pod wieloma względami.

W pośpiechu wymieniamy walutę i pędzimy na dworzec. W potężnych Indiach głównym środkiem lokomocji jest pociąg. Chcemy wykorzystać dzień i dostać się jak najdalej w głąb kraju. Po godzinie siedzimy już w pociągu - zupełnie nie przypominającym tych europejskich. Stare i brudne wagony z kratami w oknach nie wyglądają ani nie pachną najlepiej. W dodatku są niewyobrażalnie zatłoczone. Przeważnie ludzie ściskają się w nich jak zwierzęta. Siedzą gdzie tylko się da - na podłodze, w toalecie i na półkach bagażowych.

 

Indie to przeludniony kraj, co widać na każdym kroku. Wystarczy wyjść na ulicę. Ilość osób podróżujących pociągami (najsprawniejszym środkiem lokomocji) proporcjonalnie odpowiada ilości populacji. Bilety na pociąg są ponadto niewyobrażalnie tanie. Przykładowo, za przejechanie ponad 300 kilometrów zapłaciliśmy 10zł za osobę. Nic więc dziwnego, że wagony są tak zatłoczone. W ciągu poniedziałkowej podróży dwa razy zaliczamy przesiadkę (co nie okazuje się takie łatwe - ludzie przepychają się między sobą, by tylko zająć jakiekolwiek miejsca siedzące) i po całym dniu docieramy do Gaya - pierwszego punktu na naszej liście podróży.




We wtorek (02.02.2015) rozpoczynamy zwiedzanie. Długo spacerujemy po całym mieście. Można tutaj znaleźć okazałe świątynie, zarówno buddyjskie jak i hinduistyczne. Po drodze kosztujemy pierwszych indyjskich przysmaków. Jedzenie jest tutaj wyśmienite. Co najważniejsze - jest umiarkowanie ostre. Nawet najprostsze potrawy smakują rewelacyjnie. W tym kraju nie da się schudnąć, można tylko przytyć. Na koniec odwiedzamy najsłynniejsze miejsce w Gaya - drzewo, pod którym medytował Budda oraz zlokalizowaną w pobliżu buddyjską świątynię sprzed 2,5tys. lat. Niezwykłe miejsce ze wspaniałą atmosferą. Widok mnichów buddyjskich pogrążonych w medytacji wprawia w zadumę.



Noc spędzamy jeszcze w Gaya, by w środę o 5:00 nad ranem wsiąść do pociągu w kierunku Varanasi - niezwykle ważnej miejscowości dla wszystkich Hindusów. W pociągu panuje ogromny tłok, cudem udaje nam się wskoczyć na półki bagażowe, na których spędzamy 5 godzin podróży. W Varanasi zakochuję się od pierwszego wejrzenia. Spacerując po wąskich uliczkach w poszukiwaniu hotelu wiem już, że ze smutkiem będę stąd wyjeżdżać. Zakwaterowanie znajdujemy nad samym Gangesem - najświętszą rzeką Indii. Jak się szybko okazuje, mieszkamy ponadto nad miejscem kremacji zwłok. Dym z palenisk możemy obserwować z okien naszego pokoju. Dla wyjaśnienia - marzeniem każdego Hindusa jest pośmiertne spalenie jego zwłok w Varanasi i wsypanie prochów do świętego Gangesu. To właśnie dlatego rzeka ta jest tak ważna dla Hindusów. 




Całą środę spędzamy na spacerowaniu po niezwykle intrygujących uliczkach Varanasi, gdzie spokojnie toczy się codzienne życie. Spacerujemy również nad samym Gangesem i przyglądamy się kulturze pogrzebowej oraz ceremonii kremacji. W religii Hindu śmierć postrzegana jest jako zupełnie naturalny etap kończący życie. To rodzina przygotowuje nieboszczyka do pogrzebu. Zwłoki, w przeciwieństwie do kultury zachodu, nie są ani nieestetyczne, ani odrażające. Nie generują także uczucia strachu bądź lęku. Ciało zmarłego, owinięte w całun i ozdobne szaty, niesione jest przez rodzinę w orszaku żałobnym aż nad sam Ganges, gdzie zanużone zostaje w świętej rzece. Jest to symbol ostatniej oczyszczającej kąpieli. Po pożegnaniu ciało układane jest na drewnianym stosie. Jeden z członków rodziny podpala stos świętym ogniem, a następnie ciało płonie przez kolejne trzy godziny.



W środę wieczorem udajemy się także na hinduistyczną ceremonie modlitewną, odbywającą się przy akompaniamencie muzyki i śpiewów. W czwartek kierujemy się natomiast do Sarnath, miejscowości położonej w pobliżu Varanasi, gdzie przyglądamy się licznym świątynią buddyjskim i hinduistycznym. Tutaj znajduje się cały kompleks obiektów wartych obejrzenia. Drugą część dnia ponownie spędzamy na spacerowaniu po uliczkach Varanasi. To miasto jest niezwykle piękne. Nieustannie nas zachwyca.



W piątek z rana (05.02.2016) wyruszamy obejrzeć pobliski meczet. Następnie relaksujemy się nad Gangesem i ponownie oglądamy ceremonię palenia zwłok. Na koniec naszego pobytu wynajmujemy łódkę, by całe Varanasi obejrzeć z perspektywy rzeki. Przez dwie godziny pływamy po Gangesie oglądając przy okazji hinduistyczną ceremonię małżeńską. Z żalem musimy opuścić Varanasi. Pakujemy swoje rzeczy i wieczorem wsiadamy do pociągu. 




Następny punkt na naszej liście to Agra, do której docieramy w sobotę z samego rana. By nie marnować czasu, od razu ruszamy obejrzeć słynny Tadź Mahal. Marmurowy grobowiec zbudowany przez Szahdżahana na pamiątkę przedwcześnie zmarłej żony Mumtaz Mahal robi ogromne wrażenie. Przytłacza wręcz swoją wielkością, choć w środku okazuje się być niezwykle skromny i zasakująco niewielki. Patrząc na Tadź Mahal trudno nie myśleć o ogromie pracy ludzkiej włożonej w jego budowę, która trwała aż 22 lata.


Zaraz po wizycie w Tadź Mahal udajemy się do Red Fort - zespołu budowli fortecznych, wpisanego na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Będąc w Agrze naprawdę warto zobaczyć ten obiekt. Rozczarowuje jedynie fakt, iż Fortu nie możemy podziwiać w całości. Pewna jego część jest niestety niedostępna dla turystów.




 

Resztę sobotniego popołudnia poświęcamy na spacerowanie uliczkami, do których nie dociera większość turystów. Z przyjemnością obserwujemy życie lokalnej ludności. W niedzielę (07.02.2016) opuszczamy Agrę, która poza Tadź Mahal i Red Fort niestety szczególnie nas nie urzekła. Tym razem udajemy się do stolicy Rajasthanu. Po drodze zwiedzamy jeszcze Fatehpur Sikri - zespół architektoniczny dawnej stolicy Wielkich Mongołów. Następnie po 5 godzinach podróży lądujemy w Jaipur.



W poniedziałek rozpoczynamy zwiedzanie. Spacerujemy po Starym Mieście, często nazywanym także Pink City, ze względu na różowawy kolor niemal wszystkich tutejszych budynków. Jaipur to miasto o ponad 3 milionowej populacji, w związku z czym ulice są nadmiernie zatłoczone i głośne. Szybko zauważamy, że przebywanie tutaj bardzo nas męczy. W Pink City odnajdujemy kilka ciekawych architektonicznie obiektów. Poza tym z zewnątrz oglądamy City Palace i zwiedzamy słynny Jantar Mantar - obserwatorium astronomiczne, na terenie którego znajduje się największy zegar słoneczny na świecie.



Resztę dnia spędzamy na podziwianiu Amber Fort, który prezentuje się okazale i zachwyca swoim pięknem. W drodze do hotelu zahaczamy jeszcze o Water Palace. Obiekt zadziwia położeniem, gdyż wybudowany został na samym środku jeziora i nie ma połączenia z żadnym jego brzegiem.




Wtorek poświęcamy jeszcze na zwiedzanie Jaipur, choć miasto to nie należy do naszych ulubionych. Co więcej, tak naprawdę mocno nas rozczarowało. Warto również dodać, iż ludzie w północnych Indiach są bardzo nachalni, a Jaipur jest tego największym przykładem. Nie da się tutaj spokojnie spacerować. Turyści są nieustannie zaczepiani i nagabywani. Sklepikarze i kierowcy "Tuk Tuków" przepychają się między sobą, by zaproponować swoją ofertę. Dzieci nieustannie proszą o tabliczkę czekolady, samotne matki o kupno mleka dla swoich maluchów, a żebracy i trędowaci o pieniądze. Każdy czegoś chce od turysty, a turysta nie ma ani chwili spokoju. By uciec od miejskiego gwaru udajemy się do Tiger Fort i zwiedzamy pobliskie świątynie. Pozostały czas spędzamy w parku i zapuszczamy się w spokojniejszą część miasta. 




Z niecierpliwością czekamy na wieczorny pociąg, by uciec z Jaipur do kolejnej miejscowości, która - mamy nadzieję - bardziej nas zachwyci. I tak też się dzieję. Po 12 godzinach podróży w środę (10.02.2016) lądujemy w Jaisalmer - mieście położonym na pustyni Thar. Zaraz po wyjściu z pociągu poczuliśmy klimat tego miasta. Życie toczy się tutaj dużo spokojniej, ludzi są milsi, a sama okolica jest niezwykle ładna. Fort w Jaisalmer, w którym mieszka lokalna ludność, zachwyca bogato zdobionymi budynkami. Temperatura jest upalna, oscyluje wokół 30 stopni w plusie. Pierwsze zwiedzanie rozpoczęliśmy dopiero późnym popołudniem, co nie przeszkodziło nam rozkoszować się urokiem miasta. Tutaj zdecydowanie czujemy się dużo lepiej. Właśnie takie miejsca lubimy. Przed nami zatem kilka wspaniałych dni na pustyni :)


Komentarze

  1. Hej Podróżnicy! W Jaislamer można nabyć w Government Approved Shops dobre lassi z dodatkiem ZIOŁA... Wzięłam strong... i lekko odleciałam.
    Widzę, że w końcu trochę odżyliście!
    Powodzenia!!!!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty