Z Romanem podróże małe i duże

W niedziele (10.01.2016) zafundowaliśmy Romkowi pierwsze niezapomniane wrażenia, a więc kolację w nepalskiej reastauracji. Romek spróbował wegatariańskich Momo i kawy, która w Nepalu zazwyczaj smakiem kawy nie przypomina. Restauracje i przydrożne bary nie należą tutaj do najczystszych. Sanepid prawdopodobnie zakończyłby swoją działalność, gdyby zobaczył, co się w nepalskiej kuchni dzieje. Romek, obawiający się choroby żołądkowej, był wyraźnie zaskoczony miejscami, w których spożywamy posiłki. Mimo lekkich oporów przetrwał jednak pierwszą próbę i, jak się później okazało, zakochał się w smaku nepalskich Momo :)

Ciąg dlaszy niespodzianek nastapił zaraz po przybyciu do domu Pana Rama. Brak prądu, gazu, wody, zepsuta toaleta i 12 stopni w pokoju. W takich warunkach żyjemy w Katmandu. Luksusów nie będzie. Romek jednak nie narzekał.

W poniedziałek (11.01.2016) rozpoczęliśmy pierwsze zwiedzanie Katmandu. Pokazaliśmy Romkowi dwie główne świątynie i Thamel - turystyczną dzielnicę stolicy. Właśnie tego dnia pojawił się również pomysł wyjazdu do Jomsom, a następnie Mutkinath, aby z bliska zobaczyć potężne Himalaje.



We wtorek z rana ruszamy do Gorkha. Oprócz naszych bagaży musieliśmy przetransportować także kolejną taczkę - poprzednia po trzech dniach użytkowania całkowicie się zepsuła. Dodajmy, że miała być to taczka najwyższej jakości. Niestety jakość nepalskich produktów pozostawia wiele do życzenia, wszystko psuje się w mgnieniu oka. Właścicielka sklepu ze sprzętem przygotowała dla nas do odbioru nową taczkę, gdyż sama nie mogła pojawić się z rana na miejscu. Nepal nie byłby jednak Nepalem, gdyby nieustannie nie czekały na nas nieprzyjemne niespodzianki. Nowa taczka okazała się być także zepsuta. Koło nie nadawało się do użytku. Nie pomogło wydzwanianie do właścicielki sklepu, nie pomogły krzyki i kłótnie. Nie mogliśmy niestety marnować więcej czasu. Zdenerwowani zabraliśmy taczkę i ruszyliśmy w drogę. Roman bardzo szybko mógł zaobserwować, jak wygląda funkcjonowanie w Nepalu oraz z jakimi problemami musimy walczyć próbując wybudować szkołę. Tutaj niestety nic nie jest łatwe.


W związku z tym, że razem z Maciejem w Nepalu podróżujemy tylko i wyłącznie lokalnymi środkami transportu, również podczas wizyty Romka przemieszczaliśmy się w ten sposób. Romek jest jednak bardzo wysoki, a nepalskie autobusu są niezwykle małe i wąskie. Romek przeżył z nami niejedną niezapomnianą podróż - nie mając miejsca na głowę i nogi. Bywało wesoło :)

W Gorkha bezskutecznie próbowaliśmy naprawić koło od taczki. W jednym z zakładów udało się zreperować je tylko tymczasowo, tak, abyśmy mogli dowieźć taczkę do Bakrang-6. W Gorkha odebraliśmy także rurę od naszej kozy, którą Maciej postanowił z jednej strony skrócić, a z drugiej wydłużyć, z najdzieją, że dzięki temu do naszego pokoju będzie dostawać się mniej dymu.  Z Gorkha ruszyliśmy do Harrego, u którego zostawiliśmy część naszych rzeczy, po czym późnym popołudniem ruszyliśmy z taczką, rurą i bagażami do Bakrang-6. Chcieliśmy, aby Romek koniecznie poznał mieszkańców naszej wioski oraz dzieci i nauczycieli ze szkoły! Przylatując do Nepalu Romek nie spodziewał się, że przyjdzie mu pchać ciężką taczkę 4 kilometry pod górę. W dodatku po ciemku, w środku dżungli. Takich atrakcji na wyjeździe można doświadczyć tylko z Sylwią i Maciejem :) Było ciężko, ale ostatecznie daliśmy radę. Nie obyło się jednak bez pomocy Prakasha, który na swoim motorze przyjechał, aby zabrać nasze ciężkie plecaki. Dzięki temu było nam dużo lżej.

W środę (13.01.2015) Romek poznał bliżej mieszkańców i dzieci ze szkoły. Uważnie obejrzał też wykopane przez nas fundamenty i zobaczył, jak w Bakrang-6 żyją ludzie. Tego dnia mieszkańcy  wraz z uczniami obchodzili 55 rocznice powstania szkoły. W miejscu, w którym znajdują się obecnie tymczasowe klasy lekcyjne odbyła się wielka uroczystość, a my byliśmy jej specjalnymi gośćmi. Zostaliśmy obdarowani tradycyjnymi szalikami, a nasze nazwiska figurowały na liście ważnych osób, na której musieliśmy złożyć swoje podpisy. Dzieci ze szkoły śpiewały i tańczyły prezentując tradycyjną kulturę. Romek był wzruszony. Jak nam później powiedział - to był jego ulubiony dzień w Nepalu! Bardzo się cieszymy!



Wieczorem w miłej atmosferze spotkaliśmy się jeszcze z Prakashem i jego rodziną, a następnego dnia wyruszylismy do Pokhary, która stała się punktem wypadowym naszej wycieczki do stóp Himalajów. Podróż oczywiście zajęła nam niemal cały dzień. Po przyjeździe zaprowadziliśmy Romka do naszej ulubionej restauracji w mieście, by posmakował pysznych nepalskich Naanów. Znaleźliśmy nocleg i rozpoczęliśmy planowanie naszej wyprawy.

Piątek spędziliśmy jeszcze w Pokharze. Załatwiliśmy pozwolenie na wjazd do Jomsom, po czym ja z Romkiem wspinaliśmy się do Stupy Pokoju i podziwialiśmy pobliski wodospad, a Maciej w tym czasie robił zakupy. Do Jomsom chcieliśmy zabrać ze sobą wiele artykułów spożywczych, tak, aby nie jadać wszystkich posiłków w lokalnych restauracjach bądź hotelach, gdyż na miejsu jest stosunkowo drogo. Potrzebowaliśmy też wysokowatościowych przekąsek, gdyż planowaliśmy wspinać się w górę - tak wysoko, jak tylko damy radę. Maciej ma w tej kwestii ogromne doświadczenie. Dla mnie i dla Romka są to natomiast pierwsze tak duże wysokości, które pokonujemy. Umieraliśmy z ciekawości, jak będziemy się czuć po przekroczeniu 3000m n.p.m.

W sobotę (16.01.2016) budzik wytrącił nas ze snu o 5:00 rano. O 7:00 czekaliśmy już na autobus do Jomsom. Od kilku dni w Nepalu pogoda jest bardzo kapryśna. Słońce chowa się za chmurami i pojawiają się gęste mgły. Romkowi nie udało się przez to zobaczyć Himalajów ani z perspektywy Bakrang-6, ani z Pokhary. Razem z Maciejem byliśmy przez to lekko zdenerwowani - przylecieć do Nepalu i nie zobaczyć Himalajów? Skandal. Obawialiśmy się również brzydkiej pogody w Jomsom. Jeśli tam nie pokażą się nam Himalaje, to gdzie?

Gdy wsiadaliśmy do autobusu przywitalo nas jednak piękne słońce, a mgły zaczęły się rozstępować. Po piętnastu minutach podróży, jeszcze w Pokharze, naszym oczom ukazały się piękne góry. Szczęście się do nas uśmiechnęło! Wszystko wskazywało na to, że czeka nas wspaniała przygoda.
Droga do Jomsom jest szczególna - brak asfaltu, wąskie przejazdy, miliony dziur i wybojów, a do tego gigantyczne skarpy i przepaście. Życie pasażerów spoczywa w rękach kierowcy. Mniej więcej w płowie drogi, a więc po 6 godzinach jazdy, ciężko było nam już usiedzieć na miejscach. Wtedy też kierowca wjechał w jedną z wielkich dziur i autobus po prostu się zepsuł. Ile potrwa jego naprawianie? Którz to może wiedzieć. Czy w ogóle dotrzemy dzisiaj na miejsce? Trudno przewidzieć. Aby nie marnować czasu wraz z innymi pasażerami poszliśmy podziwiać pobliski wodospad. Ku naszemu zdziwieniu naprawa autobusu trwała zaledwie godzinę, dzięki czemu sprawnie mogliśmy kontynuować naszą podróż.



Po dwóch kolejnych godzinach jazdy bardzo zbliżyliśmy się do pasma Himalajów. Co kawałek, jakby specjalnie dla nas, wyłaniały się kolejne szczyty, które słońce oświetlało swoimi promieniami. Miałam nieodparte wrażenie, że gdy tylko mocno wyciągnę rękę, że gdy tylko wychylę się z autobusu - jestem w stanie dotknąć każdą z tych gór. Byłam wzruszona. Nigdy w swoim życiu nie widziałam czegoś piękniejszego. Podziwiałam siłę i potęge Himalajów. Czułam wobec nich swoją słabość. Słońce zaczęło zachodzić, a Himalaje rozpoczęły swój spektakl, mieniąc się tysiącem kolorów. Najpierw okryły się złotą szatą, która przy dłuższym wpatrywaniu się raziła widza w oczy. Następnie złoto zaczęło powoli zmieniać się w pomarańcz, po czym góry przybrały barwę czerwieni. Gdy słońce zaszło, zapadła ciemność. Ale Himalaje wciąż się nie poddawały. Prezentowały swą potęgę nawet po zmierzchu, tak, jakby w ogóle nie chciały pójść spać. Lekko odbijały światło książyca i gwiazd. A my wciąż jechaliśmy autobusem i wciąż podziwialiśmy ich piękno. Gdy dojechaliśmy do Jomsom (2700m n.p.m.) góry znikneły w ciemnościach. Zastanawiałam się wtedy, czy to wszystko działo się naprawdę? Czy tak wielkie piękno może rzeczywiście istnieć, czy tylko je sobie wyśniłam?


Cała podróż do Jomsom zajęła nam 12 godzin. Na miejscu było znacznie zimniej niż w Katmandu. Szybko znaleźliśmy nocleg i planowaliśmy, jak spędzimy kolejne dni. W pokoju mieliśmy 7-9 stopni Celcjusza, w zależności od pory dnia i nocy. Czułam się zmarźnięta, ale dla widoków byłam w stanie przetrwać wszystko.

W niedzielę (17.01.2016) wstaliśmy skoro świt, by oglądać wschód słońca. Z tarasu naszego hotelu wpatrywaliśmy się w potężną górę Himalajów. A jednak mi się nie wydawało, a jednak nie śniłam. Himalaje wciąż tutaj są, stoją przede mną i prezentują swoją potęgę z całą okazałością. Wraz ze wschodem słońca na nowo rozpoczynają spektakl.

Po śniadaniu wybraliśmy się na trekking po Jomsom, które na każdym kroku zachwycało oczy pięknem. Ani zdjęcia ani opowieści nie oddadzą prawdziwego piękna tego miejsca. Nasza wycieczka zajęła nam niemal cały dzień. Przeszliśmy około 15 kilometrów i dotarliśmy na wysokość 3500m n.p.m. Tutaj poczuliśmy z Romkiem, jak ciężko oddycha się przy większym wysiłku. Poza tym czuliśmy się jednak bardzo dobrze, nie mieliśmy żadnych objawów choroby wysokościowej. Wiedzieliśmy, że w kolejnych dniach chcemy wejść jeszcze wyżej!




W poniedziałek złapaliśmy autobus do kolejnej miejscowości górskiej - Mukinath (3700m n.p.m.). Po ulokowaniu swoich rzeczy wybraliśmy się na długi spacer, by odkrywać piękno tego miejsca. Odwiedziliśmy najwyżej położoną świątynię w Nepalu i spacerowaliśmy po okolicy. Pogoda wciąż była piękna, słońce prezentowało wszystkie góry i szczyty, którymi cieszyliśmy oczy. Mimo słońca było jednak bardzo zimno. W naszym pokoju termometr wskazywał 0 stopni Celcjusza, w nocy nawet kilka stopni na minusie. Funkcjonowanie w takich teperaturach było dla mnie bardzo ciężkie, wiem jednak, że mimo wszystko potrafię to przetrwać. W trakcie wyjazdu dopadł mnie oczywiście potężny katar, który uprzykrzał mi wszystkie trekkingi. Walczyłam jednak z katarem i postanowiłam się nie poddawać. Chciałam wejść najwyżej, jak tylko będę mogła.




We wtorek (19.01.2015) nastąpiło załamanie pogody. Zachmurzone niebo nie zapowiadało rozpogodzenia. W Mukinath mieliśmy spędzić trzy dni, jednak pogoda zmusiła nas do zmiany planów. Zapadła szybka decyzja - zdobywamy dzisiaj szczyt! Po śniadaniu ruszyliśmy w drogę, pokonując kolejne wysokości. Ku naszemu zaskoczeniu zaczął pruszyć śnieg. Im byliśmy wyżej, tym robiło się bardziej biało. Gdy dotarliśmy do "Tea House" na 4200m n.p.m postanowiliśmy zrobić krótką przerwę na ciepłą herbatę i tabliczkę czekolady. Po odpoczynku szybko zorientowaliśmy się, że wszystko dookoła pokryte jest białym puchem śniegu, który padał coraz mocniej. Niestety musieliśmy się wycofać. Pogoda kolejny raz pokrzyżowała nasze plany. Czuliśmy się naprawdę dobrze. Ja, mimo kataru i ciężkiego oddechu, byłam w stanie iść dalej. Romek także nie odczuwał żadnych objawów choroby wysokościowej. Gdyby nie pogoda, dotarlibyśmy jeszcze wyżej. Śnieg nie sprzyjał jednak naszej wędrówce. Zdecydowaliśmy zatem, że wracamy do hotelu, pakujemy rzeczy i na pieszo ruszamy do Jomsom. Dotarcie do hotelu nie było jednak takie łatwe. Śnieg zasypał wszystkie drogi i ukrywał pod swoją powierzchnią spore tafle lodu. Zaliczyliśmy kilka wywrotek i cali mokrzy wróciliśmy do hotelu. To była dobra decyzja - w porę się wycofaliśmy. Teraz możemy się pochwalić - razem z Romkiem osiągnęliśmy nasze pierwsze 4200m n.p.m.! I mamy ochotę na więcej :)




Pierwsze 11 kilometrów do Jomsom pokonaliśmy na pieszo. Gdy zapadł zmrok udało nam się zatrzymać akurat przejeżdżający samochód i kolejne 10 kilometrów pokonaliśmy na pace. W Mukinath bardzo przemarźliśmy. Po powrocie do Jomsom, mając 9 stopni w pokoju, wydawało nam się przez to, że jest niezwykle gorąco :)

W środę z samego rana zaplanowaliśmy powrót do Pokhary. Ze względu na brak bezpośredniego autobusu musieliśmy pokonać trzy przesiadki i po 11 godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce. Zmarźnięci i zmęczeni. Ze względu na nieustanne podskakiwanie w rozklekotanych autobusach nasze błędniki odmawiały posłuszeństwa i potykaliśmy się o własne nogi. Najwyższa pora, żeby odpocząć.

W czwartek (21.01.2015) postanowiliśmy udać się do Parku Narodowego w Chitwan. Jak nie trudno się domysleć, niemal cały dzień spędziliśmy w podróży. Wieczorem zakwaterowaliśmy się w hotelu i rozpoczęliśmy poszukiwania biura, z którym następnego dnia przemierzymy Park Narodowy. Na szczęście udało nam się trafić na odpowiednich ludzi i w piątek z samego rana, z dwoma nepalskimi przewodnikami, wkroczyliśmy do Parku. Najpierw 40 minutowa przeprawa przez rzekę, a później całodniowy marsz po dżungli. Spacerując pokonaliśmy 20 kilometrów. Mieliśmy okazję z odległości 10 metrów obserwować potężnego nosorożca, krokodyle, małpy oraz różne odmiany ptaktów, saren i jeleni. Przez cały dzień liczyliśmy na to, że uda nam się zobaczyć tygrysa i dzikie słonie, jednak nie mieliśmy tyle szczęścia. Udało nam się za to prawdopodobnie usłyszeć ryczenie tygrysa, który buszował w krzakach, zupełnie blisko nas. Tak przynajmniej twierdził nasz przewodnik :)



W sobotę przyszedł czas na powrót do Katmandu. Wylot Romka do Polski zbliża się wielkimi krokami, a my w stolicy mamy mu jeszcze kilka ciekawych miejsc do pokazania. Do celu dotarliśmy późnym wieczorem, a w niedzielę (24.01.2016) rozpoczęliśmy zwiedzanie. Maciej w domu zapoczątkował wielkie pranie, a my z Romkiem wybraliśmy się na zniszczony przez trzęsienie ziemi Durbar Square. Po kilku godzinach spotkaliśmy się z Maciejem i już razem ruszyliśmy na Patan, który zaskoczył nas pięknymi zabytkami. Część z nich także runęła podczas trzęsienia i można oglądać jedynie ich zgliszcza, jednak większość budowli na szczęście wciąż się jeszcze zachowała.


W poniedziałek czekał na nas bardzo intensywny dzień. Pierwszym punktem wycieczki był Boudhanath, gdzie oglądaliśmy zniszczoną buddyjską świątynię. Następnie udaliśmy się do Pashupatinath, gdzie oprócz podziwiania świątyń byliśmy świadkami kremacji zwłok, które odbywają się w tym miejscu niemal przez całą dobę. Dla mnie - osoby szczerze interesującej się tanatologią - było to naprawdę niesamowite przeżycie. Miałam okazję obserwować hinduistyczny obrządek pochówku i całą kulturę pogrzebu, zupełnie odmienna od europejskiej.



Z Pashupatinath kilkoma autobusami udaliśmy się do Nagarkot - miejsca, z którego przy dobrej pogodzie mieliśmy zobaczyć piękną panoramę Himalajów, a w tym sam Everest. Po drodze złapał nas ulewny deszcz i nic nie wskazywało na zmianę pogody. Do Nagarkot dotarliśmy, ale pięknego widoku następnego dnia oczywiście nie było. Jedyne co widzieliśmy to chmury, które skutecznie przysłaniały Himalaje.

Prosto z Nagarkot zjechaliśmy do Bhaktapur, a więc dawnej stolicy Nepalu. To, co zobaczyliśmy przekroczyło nasze wszystkie oczekiwania. Bhaktapur to piękne średniowieczne miasteczko - niestety silnie dotknięte przez trzęsienie ziemi. By wszystko dokładnie zwiedzić należy dysponować kilkoma godzinami. Jest tutaj spokojnie i cicho. Na każdym kroku widać zawalone budynki. Te, które przetrwały, mają wiele pęknięć, bądź są silnie powykrzywiane. Co kawałek można natrafić na piękne, zabytkowe budowle i świątynie, wokół których toczy się zwykłe, spokojne i raczej ubogie życie. Bhaktapur w moim odczuciu ma bardzo specyficzny klimat. Nigdzie w Nepalu nie wiedziałam jeszcze tak wielu zniszczeń na tak małej przestrzeni. Zawalone budynki i świątynie wręcz przytłaczają obserwatora. Wizyta w tym miejscu wprawiła mnie w nastrój głębokiej zadumy. Bhaktapur jest bezapelacyjnie piękny, mimo wielu zniszczeń. Na pewno z Maciejem jeszcze tutaj wrócimy. Jednym słowem - byliśmy zachwyceni.




Środa to ostatni dzień przed wylotem Romka. Nie możemy uwierzyć, jak czas szybko zleciał! Kiedy to się tak właściwie stało? Środę spędzamy zatem na zakupach. Udajemy się na Thamel i pomagamy Romkowi wybrać pamiątki i prezenty. Późnym popołudniem odwiedzamy naszą znajoma Magdę - założycielkę Fundacji "Mała Polska w Nepalu" - z którą nieustannie utrzymujemy kontakt. Wspólnie zjadamy kolację, przygotowujemy pyszną sałatkę owocową i rozmawiamy do wieczora spędzając czas w miłej atmosferze.

W środę dotarły do nas także bardzo pozytywne informacje. Wszystko wskazuje na to, że Ministerstwa zaczęły powoli wydawać zgody na budowy w Nepalu. Umawiamy się zatem na piątek z Prakashem, aby udać się do Ministerstwa Edukacji i spróbować złożyć papiery. Mamy ogromną nadzieję, że  wszystko ułoży się pozytywnie, bo perspektywa nieustannego czekania i walka z nepalskimi zawiłościami zaczynają nas już męczyć i przytłaczać. Jesteśmy gotowi do działania, przez wiele miesięcy pracowaliśmy w pocie czoła od rana do nocy, by zebrać potrzebną sumę pieniędzy na budowę, a nie możemy doprosić się jednego, niezbędnego dla nas dokumentu.

W czwartek (28.01.2016) robimy ostatnie zakupy, Romek pakuje swoje rzeczy i jedziemy na lotnisko. Romek właśnie dzisiaj wraca do Polski. To był naprawdę wspaniale spędzony czas w bardzo miłym towarzystwie. Razem z Maciejem jesteśmy szczęśliwi, że mogliśmy gościć Romka. Jesteśmy też szczęśliwi, że pobyt w Nepalu bardzo mu się podobał. Romek szybko zaakceptował minimalistyczny sposób naszych podróży i nawet się w niego wciągnął. Dzięki temu był blisko Nepalczyków i od podszewki poznał kulturę nepalską. Będziemy tęsknić, Romku! :) Dziękujemy za wszystko!


W piątek z samego rana spotykamy się z Prakashem, kompletujemy nasze dokumenty i udajemy się do odpowiednich urzędów. Odwiedzamy Ministry of Eduction oraz Department of Education. W obu składamy nasze dokumenty, jednak okazuje się, że wciąż wszystko stoi pod znakiem zapytania. Ministerstwo Edukacji wydawało zgody na budowę szkół przez sześć miesięcy po trzęsieniu ziemi. Wtedy wszystko było tylko formalnością. Niestety nasi nepalscy przyjaciele nic o tym nie wiedzieli. Ponadto nie wywiązali się ze złożonej nam w maju obietnicy. Do naszego przyjazdu wszystkie papiery i formalności miały być już załatwione. Nikt w tym czasie nie zabrał się jednak do pracy, nikt nie odwiedził odpowiednich urzędów. Nasza znajoma, która spędziła w Nepalu pięć lat, ostrzegała nas. "Zobaczycie, to wspaniały kraj, ale ciężko cokolwiek tam załatwić. Po kilku miesiącach będziecie wciąż w tym samym miejscu" - mówiła, a my nie chcieliśmy wierzyć. Niestety miała rację.

Obecnie wydawanie zgód przeszło w ręce Ministerstwa Finansów, które wstrzymało procedury. Urzędnicy odbyli z nami spotkanie i obiecali, że zrobią wszystko, co w ich mocy, abyśmy otrzymali zgodę. Wszystko musi odbywać się jednak według odgórnych zasad. Ministerstwo Edukacji zaakceptowało projekt naszej szkoły, który obecnie zostanie drogą rządową przekazany do Ministerstwa Finansów. Ministerstwo Finansów rozpatrzy naszą aplikację i wyda decyzję. Z informacji urzędowych wynika, iż wiele organizacji pozarządowych jest obecnie w podobnej sytuacji do naszej. Czekanie na decyzję Ministerstwa Finansów może potrwać od dwóch do kilku tygodni. Nasz projekt jest bardzo dobry, urzędnikom z Ministerstwa Edukacji bardzo zależy na jego realizacji, doskonale rozumieją naszą pozycję i nasze zdenerwowanie. Wszyscy zdają sobie sprawę, że Nepal potrzebuje naszej pomocy. Rząd w tym kraju jest jednak niewydolny i nie radzi sobie z wieloma problemami. Urzędnicy twierdzą, że zgodę dostaniemy. Pozostaje tylko pytnie kiedy? Musimy niestety czekać.



W tym czasie przygotowujemy się do wyjazdu do Indii. Jak się okazało, w Nepalu, wedle tutejszego prawa, możemy przebywać jedynie 5 miesięcy w trakcie roku kalendarzowego. Musimy zatem na trzy tygodnie wyjechać z kraju, by nie przekroczyć okresu pięciu miesięcy i według planu, jeszcze przed monsunem, wrócić do Polski 15 czerwca. W niedzielę planujemy zatem przekroczymy granicę nepalsko-indyjską i najbliższe trzy tygodnie spędzić w Indiach, czekając na pozwolenie z Ministerstwa. Tym samym uda się nam także nie przekroczyć długości naszego legalnego pobytu w Nepalu. Wierzymy, że w ciągu trzech tygodni wszystko uda się załatwić i zaraz po powrocie, pełną parą, będziemy mogli ruszyć do pracy, budując szkołę w Bakrang-6. Przecież wiatr nie może przez cały czas wiać nam w oczy! Jesteśmy dobrej myśli i robimy co w naszej mocy.

Nieustanny brak dostępu do Internetu utrudnia nam przekazywanie najswiezszych informacji. Jestesmy juz w Iniach i doswiadczamy wielu wspanialych wrazen. Podajemy Wam nasz tymczasowy numer indyjski i zapraszamy do kontaktu: +91 8601658154 . Czekajcie na nowe wiesci. Pozdrawiamy Was serdecznie :)

Komentarze

  1. Hej! Odpoczywajcie w Indiach!!! Łapcie słońce i ładujcie baterie!!! Namaste!
    :-)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty