Podróży po Indiach ciąg dalszy

Po przyjeździe do Jaiselmer cały czwartek (11.02.2015r.) poświęcamy na powolne zwiedzanie. Ta urocza miejscowość bardzo nam się podoba, jest spokojna i klimatyczna. Tym razem w świetle dziennym udajemy się ponownie do fortu. W przeciwieństwie do wszystkich innych fortów, które udało nam się zwiedzić w Indiach, toczy się tutaj codzienne, zwyczajne życie. Mieszkańcy fortu pozwalają turystom oglądać od środka swoje pięknie zdobione posiadłości, przy okazji oferują również posiłki w restauracjach na dachach oraz kupno odzieży bądź pamiątek. Są przy tym bardzo grzeczni i uprzejmi. Nie widzimy tutaj nachalności, która królowała w całym Jaipurze. Dzień kończymy wizytą na starym cmentarzysku oraz... walką ze wszami! Wielokrotnie słyszeliśmy, że w Indiach niezwykle łatwo można się nimi zarazić i po dwóch tygodniach podróży sami się o tym przekonaliśmy. Te małe, przebiegłe insekty zadomowiły się na naszych głowach i urządziły sobie na nich wygodne mieszkanko. Gdzie w Indiach najłatwiej złapać wszy? Prawdopodobnie w hotelach i pociągach. Zakupiliśmy w aptece odpowiedni środek i rozpoczęliśmy bój.

 
 

W piątek z samego rana postanowiliśmy udać się na piaszczyste pustynie. W tym celu wypożyczyliśmy indyjski motor Royal Enfield, który od dawna bardzo nam się podoba. Po dopełnieniu formalności wyruszyliśmy w całodniową podróż, oglądając pustynne krajobrazy i zatrzymując się w okolicznych wioskach. Na koniec naszej wycieczki postanowiliśmy pojechać do miejscowości Ramgarh i następnie wrócić przed zmierzchem do Jaisalmer. Nie bylibyśmy jednak sobą, gdyby nie spotkały nas niespodziewane przygody. Po dotarciu do Ramgarh zatrzymaliśmy się w lokalnej, przydrożnej restauracji. Podczas gdy delektowaliśmy się przepysznymi Roti z Dal, otoczyła nas liczna grupa mężczyzn i szybko dowiedzieliśmy się, że do miejscowości tej nie mogą wjeżdżać turyści, ze względu na bliską odległość do granicy z Pakistanem, z którym Indie pozostają w nieustannym konflikcie. Nie denerwując się zbytnio wytłumaczyliśmy, że o zakazie wjazdu nie wiedzieliśmy, że opuścimy miejscowość i spokojnie dokańczaliśmy nasz posiłek. Gdy tylko wstaliśmy od stołu niespodziewanie pojawił się koło nas policjant i tym sposobem musieliśmy udać się na posterunek policji. Funkcjonariusze kolejny raz tłumaczyli nam, że nie możemy przebywać w mieście, my z kolei tłumaczyliśmy im, że nikt z wypożyczalni motorów nam o tym nie powiedział, a wyraźnie pytaliśmy, gdzie możemy się udać, a gdzie nie. Na szczęście policjanci byli uprzejmi, choć wystraszyli nas, że muszą zarekwirować motor, a my będziemy wracać autobusem, który odjeżdża nie wiadomo kiedy i nie wiadomo skąd. Ostatecznie spisano nasze dane, wykonano telefon do wypożyczalni i hotelu, w którym się zatrzymaliśmy, po czym szczęśliwie wróciliśmy na motorze do Jaisalmer. Właściciel wypożyczalni usłyszał od nas oczywiście, co o całej sytuacji sądzimy. Podsumowując, motorowa wycieczka bardzo nam się podobała. Jesteśmy przekonani, że wspaniale byłoby podróżować przez całe Indie na motorze!
 



W sobotę (13.02.2016) z samego rana z żalem opuszczamy urokliwy Jaisalmer. Tym razem kierujemy się do Jodhpuru, gdzie docieramy w połowie dnia. Długo szukamy noclegu, po czym szybko ruszmy na wstępne zwiedzanie. Spacerujemy po wąskich uliczkach i niespodziewanie docieramy do miejsca, z którego rozpościera się widok na niemal całą zabudowę. Jodhpur nazywany jest także Blue City, ponieważ większość mieszkalnych budynków mieni się różnymi odcieniami koloru niebieskiego. Przed zmierzchem udaje nam się również dotrzeć pod miejscowy fort obronny. Z wierzchołka pobliskiego wzgórza widzimy panoramę całego miasta.

 

Podczas leniwej niedzieli kontynuujemy walkę z wszami - naszymi nowymi towarzyszami podróży - ponieważ głowy w dalszym ciągu okrutnie nas swędzą. Niezwykle trudno jest uporać się z tymi pasażerami na gapę. Tego dnia oglądamy fort od środka, a następie udajemy się do City Palace, z którego urządzamy sobie długi spacer do hotelu.
 
Ponieważ nasze wizy niedługo tracą swoją ważności, musimy w szybkim tempie kontynuować podróż. W poniedziałek (15.02.2016) autobusem jedziemy już do kolejnej miejscowości. Następny przystanek na naszej liście to Udaipur - miasto trzech jezior, porównywane czasami do europejskiej Wenecji. Szybko i sprawnie chcemy dotrzeć na Stare Miasto. Kierowca Tuk Tuka, ku naszemu zdziwieniu, wywozi nas na drugi koniec miejscowości, w zupełnie przeciwnym kierunku. Jak się okazało - nie rozumiał języka angielskiego i próbował jedynie domyśleć się, gdzie chcemy jechać. Niekompetencja kierowców Tuk Tuków nie jest tutaj niestety rzadkością.

Po krótkotrwałych problemach udaje nam się ostatecznie dotrzeć na Stare Miasto i znaleźć nocleg. Tego dnia wybieramy się jeszcze na wieczorny spacer po okolicy i zaskakuje nas piękny widok oświetlonych budynków nad samym jeziorem. Jest tutaj poteżny City Palace, a na przeciw niego urokliwy Pałac na wodzie. Nad jeziorem toczy się spokojne życie, a pobliskie restauracje zapełnione są przez licznie przybywających turystów, którzy cieszą oczy widokami. Ta część miasta zupełnie nie przypomina Indii, jest wręcz bardziej europejska, nowoczesna. Nie da się ukryć, że jest tutaj bardzo ładnie. Jezioro otaczają liczne góry, a całość tworzy romantyczny klimat.


We wtorek rozpoczynamy dalsze zwiedzanie miasta. Ponownie udajemy się nad jezioro, by podziwiać piękno okolicy w promieniach słońca. Jest równie urokliwie, jak po zmierzchu. Udajemy się na zwiedzanie zadbanego i przepełnionego bogactwem City Palace, skąd rozpoczynamy wspinaczkę na pobliską górę, na której tradycyjnie już stoi jedna z hinduistycznych świątyń. Stąd obserwujemy piękną panoramę całego miasta. Spacerując dochodzimy następnie do drugiego, znacznie mniej obleganego przez turystów jeziora. Przy okazji obserwujemy zwykłe życie lokalnej ludności, które toczy się w nieturystycznych dzielnicach.

 
 

Gdyby nie brak czasu na pewno zostalibyśmy w Udaipurze dzień lub dwa dni dłużej, tak by wspiąć się jeszcze na kilka szczytów i dokładnie zwiedzić okolicę. W środę, jeszcze przed świtem, opuszczamy jednak Udaipur i pociągiem udajemy się do Ajmer, gdzie docieramy w samo południe. W tej okolicy możemy spędzić wyłącznie jeden niepełny dzień, ze względu na napięty plan ostatniego tygodnia naszego pobytu w Indiach. Decydujemy zatem, że nie zostaniemy w Ajmer i udamy się do oddalonego o około 20 kilometrów Pushkar, który wydaje się dla nas znaczne bardziej ciekawy. Szybko okazuje się, że podjęliśmy słuszną decyzję. To miejscowość, w której naprawdę można odpocząć od zatłoczonych, głośnych i brudnych Indii. Jest tutaj cicho, spokojnie i urokliwie. Można spacerować w pobliżu zbiornika wodnego otoczonego zdobionymi budynkami, wędrować po wąskich uliczkach z milionem straganów bądź wspiąć się na pobliską górę, odwiedzić świątynię i wpatrywać się w zachwycające widoki. Spokojnie można spędzić tutaj kilka dni, nie nudzić się i przy okazji porządnie wypocząć.

 
 

My natomiast w czwartkowy ranek (18.02.2016) pakujemy swoje rzeczy i ruszamy do Bikaner - kolejnego królestwa w Rajasthanie. Nasz autobus, nie dość, że się spóźnia, to w dodatku zatrzymuje się we wszystkich wioskach po drodze. W podróży spędzamy zatem cały dzień. Mamy drobne problemy ze znalezieniem noclegu i gdy wreszcie udaje nam się zakwaterować, możemy już jedynie udać się na wieczorny spacer po mieście, które na pierwszy rzut oka nie robi na nas większego wrażenia.

Piątek poświęcamy na zwiedzanie Bikaner. Pogoda niestety się popsuła, towarzyszą nam przelotne deszcze i całkowite zachmurzenie. W takiej aurze Indie wyglądają szaro i ponuro. Sam Bikaner również. Tutejszy fort wydaje się być mniej okazały od wszystkich fortów, które mieliśmy okazję oglądać. W dodatku zlokalizowany jest wokół głównych, ruchliwych ulic. Po południu udajemy się za miasto, by zobaczyć Świątynię Szczurów - zwierząt czczonych w religii Hindu. Jak się okazuje, to nie tylko świątynia poświęcona szczurom, ale także świątynia, w której beztrosko żyją dziesiątki tych zwierząt. Swobodnie przebiegają po nogach odwiedzających i są przez nich nieustannie karmione. Osoby bojące się gryzoni prawdopodobnie nie mają tutaj czego szukać :)

 

Po powrocie kontynuujemy zwiedzanie Starego Miasta i wieczorem udajemy się na dworzec. Mamy już bilety do stolicy Indii - Delhi. Tutaj czeka na nas kolejna niespodzianka. Nasz pociąg nie opuści stacji, ponieważ tutejsi pracownicy rozpoczęli strajk. Lekko źli i przestraszeni, że nie uda nam się dotrzeć na miejsce zgodnie z planem, prędko pojechaliśmy na inną stację. Na szczęście orientowaliśmy się, że tego dnia, o późniejszej godzinie, odjeżdża drugi pociąg w kierunku stolicy. Jak zwykle mieliśmy szczęście. Tutaj nikt nie strajkował i, co więcej, udało nam się kupić bilety na sleeper class beż żadnych problemów. Jesteśmy uratowani! Przed północą wsiadamy do pociągu i zmierzamy do Delhi :)

Komentarze

Popularne posty