Chorób ciąg dalszy. A zgody wciąż brak

W poniedziałek (21.12.2015) rozpoczęliśmy wielkie zakupy, tak, aby przygotować się do naszej przeprowadzki do Bakrang-6. Z wcześniej sporządzoną listą odwiedzaliśmy wszystkie możliwe sklepy, porównując ceny konkretnych artykułów. Szukaliśmy również sprzętu budowlanego w jak najlepszej cenie - do Bakrang musimy dostarczyć między innymi taczki czy piłę do metalu i drewna.
 
Tego dnia czekały na mnie jednak niestety niemiłe niespodzianki. Ciągnące się od ponad tygodnia przeziębienie przeradzało się w uciążliwą chorobę, a na dodatek mój ósmy ząb zaczął przebijać się przez dziąsła. Tak boleśnie, jak nigdy dotąd. Pomagał tylko Ketonal. Wciąż jednak trzymałam się na nogach, próbując za wszelką cenę nie poddać się chorobie.

Wieczorem odbyliśmy spotkanie z Prakashem i naszym inżynierem, który przygotował nowy projekt szkoły. Bylibyśmy zdziwieni, gdyby nie pojawiły się w nim błędy. Przekazaliśmy nasze uwagi i umówiliśmy się z inżynierem, że w ciągu dwóch dni naniesie poprawki. Wtedy udamy się też do Ministerstwa Edukacji w Katmandu.


Ze spotkania do domu Pana Rama wróciliśmy o 22:00. Nie mamy swojego klucza, więc telefonicznie zmuszeni byliśmy budzić naszych nepalskich domowników, którzy już o 21:00 kładą się spać. W nocy dopadła mnie ogromna gorączka, katar i kaszel. Warunki nie bardzo nam sprzyjają, ponieważ w domu Pana Rama jest zimniej niż na dworze, a w nocy temperatura spada obecnie do dwóch stopni. Na szczęście wtorkowy poranek przyniósł mi dużą ulgę. Tego dnia umówiliśmy się z Prakashem, by pokazać mu w sklepie wszystkie potrzebne materiały budowlane oraz przygotować pismo do Ministerstwa. Pismo zostało przez nas oczywiście sporządzone, jednak nieustanny brak prądu w Katmandu nie pozwolił nam go wydrukować. Prakash kontaktował się także z Ministerstwem i, ku naszemu zdziwieniu, okazało się, że urzędnicy przestali przyjmować wnioski dotyczące budowy szkół 15 grudnia. Ponowne przyjmowanie aplikacji rozpocznie się dopiero za kilka dni. A więc kolejny tydzień zwłoki. Wszystko przeciwko nam - jesteśmy źli i bardzo rozczarowani.

W środę (23.12.2015) kontynuowałam swoje leczenie środkami na zbicie gorączki oraz Ketonalem, ponieważ ząb nie dawał mi spokoju. Miałam jednak nadzieję, że mój stan zdrowia szybko będzie się poprawiał. Tego dnia zostaliśmy także zaproszeni na kolację przez naszych przyjaciół - Magdę i Sujana z "Małej Polski w Nepalu". Razem z nimi oraz ich synkiem Adasiem spędziliśmy bardzo miły wieczór. Mieliśmy też okazję trochę rozgrzać nasze skostniałe ciała, ponieważ w ich mieszkaniu jest znacznie cieplej niż w domu Pana Rama. A przynajmniej para nie leci z ust :)


Kolejna noc znów była dla mnie ciężka, choroba nie dawała za wygraną. Marzyłam o gorącej herbacie, jednak w naszym domu prąd można złapać ostatnio tylko przez 15 minut w ciągu doby. Żeby zagotować wodę trzeba rozpalić ognisko, a drewno jest tutaj bardzo drogie. W Nepalu od kilku miesięcy nic nie jest łatwe. W czwartek (24.12.2015), jak gdyby wszystkiego było mało, straciłam głos. Nie byłam w stanie wykrztusić z siebie niemal żadnego słowa. Maciej ledwo mnie rozumiał. Mimo mojej niedyspozycji kontynuowaliśmy przedwyjazdowe zakupy. Udając zdrową chciałam zapomnieć o tym, że jestem chora. Wieczorem, z okazji Wigilii obchodzonej w Polsce, zaprosiliśmy naszą nepalską rodzinę do restauracji. Wspólnie zjedliśmy kolację i miło spędziliśmy czas. Ja co prawda nie bardzo mogłam mówić, ale tak naprawdę w niczym to nie przeszkadzało :) Co ciekawe, w pojedynczych sklepach w Katmandu (głównie w dzielnicach turystycznych) można spotkań choinki i Gwiazdora.



Za nami kolejna ciężka, lodowata noc i chłodny poranek. Czuję się coraz gorzej, nie mam już nawet siły udawać zdrowej. W piątek decyduję się rozpocząć leczenie antybiotykiem przywiezionym z Polski, ponieważ ogólnodostępne leki nie dają rezultatu, a ja wciąż nie mogę mówić. Mam ogromną nadzieję, że wkrótce będzie lepiej i jednocześnie zastanawiam się, co jeszcze w Nepalu może mnie spotkać. Były już rewolucje żołądkowe, nieustanne zamarzanie z zimna, przeiębienie, choroba, boleśnie rosnący ząb, a teraz jeszcze utrata głosu. Przecież jestem grzeczną dziewczynką, za co te wszystkie kary? Czego jeszcze mam się spodziewać? Szalone święta tego roku! Maciej robi resztę zakupów, a ja leżę chora w łóżku. Jesteśmy zmarznięci, nie mamy prądu, z kranu leci tylko lodowata woda, a zrobienie ciepłej herbaty graniczy z cudem. W Katmandu nie ma żadnych perspektyw, powoli nie możemy już patrzeć na to miasto. W dodatku utknęliśmy tutaj przez moją chorobę. W sobotę mieliśmy przeprowadzać się do Bakrang-6, ale w takim stanie nie dam rady tam dotrzeć.

Całą sobotę spędziłam zamiast tego wylegując się na tarasie, gdzie Maciej zorganizował mi "mały szpital". W mieszkaniu czujemy się jak w lodówce, na słońcu w ciągu dnia jest za to miło i przyjemnie. Jeszcze w piątek zapadła decyzja, że do Bakrang przeprowadzimy się w poniedziałek, kiedy dojdę do siebie. Nie chcemy pogarszać mojego stanu. Uprzednio odwiedzimy jeszcze Chitwan, żeby sprawdzić co dzieje się z zamówioną przez nas kozą, bez której nie przeżyję zimy w Bakrang :) Późnym wieczorem Maciej zaczął jednak przechodzić załamanie nerwowe, buzowały w nim ogromne pokłady złości. Od dłuższego czasu chodził poddenerwowany ze względu na nieustanny brak zgody z Ministerstwa, a tym samym odwlekanie w czasie budowy szkoły. W dodatku przebywanie w Katmandu bardzo go męczyło.

Zaczęło się niewinnie i myślałam, że równie niewinnie się skończy. Maciej tak się jednak zagalopował, że ostatecznie zrzucił na mnie całą winę za pokrzyżowanie wszystkich naszych planów. Wrzeszczał, że życie mu ucieka, że nie ma już siły siedzieć w Katmandu, że przez moją chorobę marnujemy tutaj czas. Że ciągle coś mi dolega, jak nie rewolucje żołądkowe, to przeziębienie, że ciągle mi zimno, że chodzę skostniała i że jestem za słaba. W przypływie złości stwierdził nawet, że przez cały nasz pobyt w Nepalu wszystko robię nie tak. O ironio losu, myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok. Nie pozwolę sobie na taki brak szacunku! Kto zna Macieja, ten wie, jak wyglądają jego załamania nerwowe. Plecie, co mu ślina na język przyniesie, nikogo nie słucha (a wręcz prowadzi monolog z samym sobą), nie przyjmuje racjonalnych argumentów, myśli, że ma rację (choć jej nie ma) i w dodatku wydaje mu się, że jest pępkiem świata. Gdy coś idzie nie tak, wszyscy stają się jego wrogami, tym razem włącznie ze mną. Sobota zakończyła się zatem ogromną kłótnią - majestat Macieja został urażony. W złości podjęliśmy jeszcze tylko decyzję, że następnego dnia kupimy taczki i wyjedziemy z Katmandu.

Tak też zrobiliśmy. W niedzielę (27.12.2015) wstałam wcześniej i zabrałam się za pakowanie, obserwując jednocześnie ciąg dalszy załamania nerwowego Macieja. Długo nie podnosił się z łóżka i wyraźnie mnie ignorował. Z łatwością dało się to zauważyć mimo niedzielnego milczenia, które akurat tego dnia kultywował. Gdy wróciłam po śniadaniu do pokoju rzucał z impet o podłogę wszystkim, co wpadło mu w ręce. Kuriozalna sytuacja, nie wiadomo czy śmiać się czy płakać? Moje gardło wciąż odmawiało posłuszeństwa i nie odzyskałam głosu. Wyszeptałam tylko, by wziął się wreszcie w garść i nie robił popisówek, bo nikogo to nie bawi.

Wściekli dotarliśmy do naszego sklepu budowlanego i zakupiliśmy trzy taczki. Maciej nie byłby sobą, gdyby i tam, za pomocą jezyka ciała, nie zademonstrował swojej złości. Ja ostatecznie wykrzyczałam "żeby udał się na leczenie, chociaż i na to jest już za późno" i tak czekaliśmy na autobus do Gorkha - każde z nas na osobnym końcu przystanku autobusowego. Ależ byłam wściekła!



Załadowaliśmy taczki oraz wszystkie nasze bagaże na dach i ruszyliśmy w podróż. Gdy tylko usadowiliśmy się w autobusie - Maciej odzyskał rozum i nagle wydawało mu się, że przecież nic się nie stało. Ja wciąż nie miałam nawet ochoty patrzeć w jego kierunku. Ciekawe, czy w poniedziałek usłyszę chociaż "przepraszam"? Założę się, że nie.

Wszystkie bagaże i taczki wyładowaliśmy w domu Harrego, naszego przyjaciela. Odbierzemy je, gdy będziemy wracać z Chitwan. Wtedy też pomaszerujemy z nimi do Bakrang-6 :)

Komentarze

  1. Sylwio! Nie poddawaj się! Najgorsze już za Tobą! Podróż jest największym testem relacji międzyludzkich i największym Nauczycielem. Każdy człowiek wymaga "instrukcji obsługi" - jak się opanuje podstawowe zasady, to da się radę wytrzymać z każdym Indywidualistą. Wtedy te "niewygodne" dla nas cechy nie będą w stanie przysłonić zalet, które są TAK ATRAKCYJNE! :-)
    A na Twoje choroby - jako ajurwedyjski suplement ziołowy - polecam tabletki TULSI (lub TULASI); pytaj w aptekach, może mają.
    Uściski!
    Iwona

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty