W końcu docieramy do Bakrang-6!

Czwartkowy ranek (19.11.2015) bardzo nas zaskoczył. Po godzinie 8:00 Maciej, mocno jeszcze zaspany, zerwał się z łóżka wołając "musimy uciekać!". Nie do końca wiedziałam, co się dzieje i o co mu chodzi. Trzy razy pytałam "co się stało", ale nie usłyszałam żadnej odpowiedzi. Maciej siedział na łóżku i patrzył dookoła. Niemal przez sen zapytałam ponownie "co się dzieje?". "Wydawało mi się, że jest trzęsienie ziemi" - odparł.

Obydwoje ponownie położyliśmy się spać. Przez chwilę rozmyślałam jeszcze o tym, że Maciej prawdopodobnie wciąż ma uraz po trzęsieniu ziemi, którego doświadczył w maju bieżącego roku. Kilka godzin później dowiedzieliśmy się jednak od naszych nepalskich przyjaciół, że trzęsienie ziemi faktycznie wystąpiło. W skali powyżej 5. Maciej nie śnił. Łóżka ponoć najzwyczajniej się trzęsły, a ja smacznie spałam. Przeżyłam trzęsienie, którego nawet nie poczułam. Co prawda tragiczne w skutkach trzęsienia to te, które występują w skali powyżej 7, jednak to czwartkowe do najmniejszych także nie należało.

W piątkowy ranek (20.11.2015) wreszcie zrobiliśmy pranie! Nie było to łatwe, bo w Nepalu oprócz problemu z paliwem i gazem od kilku dni jest także problem z wodą. Niewielkie jej ilości pojawiają się w domowych pompach wyłącznie rano i wieczorem. Sytuacja w kraju jest naprawdę bardzo ciężka. Ludzie czekają w centrum miasta, w kilkusetosobowych kolejkach z baniakami po wodę. W tych warunkach nawet kąpiel nie jest łatwa.

Maciej nosił wodę z publicznej studni, lekko oddalonej od mieszkania Pana Rama. Po zakończeniu "domowych obowiązków" popędziliśmy do Ambasady. Nie byliśmy zaskoczeni, gdy pani w okienku powiedziała nam, że posiadamy nieodpowiednie zdjęcia, a w mojej aplikacji są błędy. Do zamknięcia ambasady zostało tylko pół godziny. Biegliśmy do fotografa, Maciej czekał na wywołanie zdjęć, a ja w kafejce internetowej ponownie wypełniałam aplikację. Do Ambasady dotarliśmy minutę przed jej zamknięciem. Na szczęście zostaliśmy wpuszczeni i misja zakończyła się sukcesem! Kolejne spotkanie w Ambasadzie dokładnie za tydzień.

W piątek udaliśmy się także na spotkanie z Nepalczykiem, który w dystrykcie Gorkha zna naprawdę wiele znaczących osób i współpracuje z Ministerstwem oraz organizacjami pozarządowymi, których działania skupiają się na pomocy humanitarnej dla Nepalu. Sudip postara się nam pomóc. Potrzebuje czterech dni, aby zorientować się, jak wygląda sytuacja w Bakrang i jakie działania powinniśmy podjąć w związku z budową szkoły. Z Sudipem będziemy ponownie kontaktować się w przyszłą środę.

Między spotkaniami udało nam się zjeść pyszny makaron z warzywami - kolejną tradycyjną potrawę w Nepalu. Nepalczycy zawsze patrzą na nas z zaciekawieniem, kiedy wchodzimy do ich małych knajpek. Chyba naprawdę biali turyści tam nie jadają :) Mają czego żałować!




Udało nam się także zakupić nowy śpiwór. W sobotę (21.11.2015), po wypełnieniu wszystkich obowiązków w Katmandu, w końcu dotarliśmy do Bakrang. Zatrzymaliśmy się w drugim domu Pana Rama, a więc dokładnie w wiosce Bakrang-1. Pan Ram nie pozwoliłby nam udać sie do Bakrang-6 bez wcześniejszej wizyty w jego skromnej posiadłości. Tym bardziej, że nie widzieliśmy się z nim niestety od  czasu naszego przyjazdu do Nepalu.

Podróż małym busem z Katmandu do miejscowości znajdującej się przed Gorkha zajęła nam trochę ponad 4 godziny. Panował ogromny ścisk, a droga była niezwykle kręta i bardzo wyboista. Wąska jezdnia, zakręt za zakrętem, spore dziury i z każdej strony przepaść. Wszystko byłoby zupełnie zwyczajne, gdyby nie fakt, że Nepalczycy jeżdżą jak szaleni. Kierowcy wielkich ciężarówek wyprzedzają się na wszystkich zakrętach, nie zastanawiając się, czy coś jedzie z przeciwka. Wciąż zadaję sobie pytanie, w jaki sposób unikają wypadków? W ciągu zaledwie czterech godzin kilkukrotnie widzieliśmy naprawdę niebezpieczne sytuacje. Hindusi wierzą w przeznaczenie. Jeśli dojdzie do wypadku, jeśli ktoś ucierpi, to znaczy, że widocznie tak miało być. Dla nas jest to czyste szaleństwo. Ani ja, ani Maciej nie odważylibyśmy się jeździć w ten sposób. 



Piękne były natomiast widoki, które ukazały się naszym oczom zaraz za miastem. Wysokie góry, przejrzysta rzeka i mnóstwo zieleni. Raj dla oczu. To, co piękne w Nepalu, zlokalizowane jest tak naprawdę poza stolicą.  Katmandu jest zatłoczone, zakurzone i niezwykle głośne. Niemal wszędzie walają się sterty śmieci, w których grzebią psy i święte krowy. Pył unoszący się w powietrzu w obfitych ilościach dostaje się do ust, nosa i oczu. Piesi na drodze nie mają żadnych praw, muszą każdorazowo ustępować samochodom i motocyklom. Choć w Katmandu można spotkać wiele naprawdę pięknych budowli, nie chciałabym w tym mieście mieszkać na stałę. Byłoby to bardzo męczące. Mimo, że wciąż mamy jeszcze w Katmandu kilka miejsc do odwiedzenia, zdania prawdopodobnie nie zmienię. Stolica bywa piękna, lecz cała piękna nie jest.

Piękno Nepalu skrywa się natomiast poza miastem. Natura jest oszałamiająca. Pagórki, wzgórza, góry. Bananowce, agawy i kaktusy. Cisza i spokój, które po wyjeździe z Katmandu da się odczuć ze zdwojoną siłą. Z busa wyskoczyliśmy przed niewielkim mostem, niedaleko rozwidlenia dróg. W pobliskim, malutki sklepie nabylismy mydło i szampon, po czym ruszyliśmy do Bakrang-1. Pieszo, siedem kilometrów w górę, po stromych schodach i piaszczystej drodze. Jak nie trudno się domyśleć, nie dojeżdża tam autobus. Cała wspinaczka zajęła nam dwie godziny, wliczając w to przystanki na regenerację sił. Był niesamowity upał, który sprawiał, że nasze ciała płonęły. Stounkowo ciężkie plecaki z bagażami nie ułatwiały sprawy. Byliśmy cali mokrzy. Mniej więcej w połowie drogi zostaliśmy ogromnie zaskoczeni. Naszym oczom ukazały się Himalaje - to był wspaniały prezent! Do domu Pana Rama dotarliśmy przed godziną 16:00. Wypiliśmy herbatę i z pobliskiej pompy nabraliśmy wodę do naszego camp schower, gdyż u Pana Rama nie ma bieżącej wody.





Z Panem Ramem wiele godzin rozmawialiśmy o odbudowie naszej szkoły, o wszystkich problemach i możliwościach. W jego opinii nie mamy się czym martwić. Pan Ram zna wiele ważnych osób, skontaktuje nas zatem z District Education Office. W poniedziałek zorganizuje również spotkanie w Bakrang-6 z najważniejszymi osobami z okolicznych wiosek. Wkrótce na pewno wszystkiego się dowiemy. Z Panem Ramem sporządzilismy wstępny plan działania. Mamy nadzieję, że ani rządowa aktywność, ani kryzys paliwowy nie będą w stanie wstrzymać bądź przesunąć budowy szkoły. Jesteśmy jednak nadal bardzo ostrożni i wsłuchujemy się w różne głosy i opinie. Nad wszystkim musimy mieć całkowita kontrolę.

Pan Ram jest niezwykle miłym człowiekiem. W jego domu otrzymaliśmy swój własny, mały pokoik. Przytulny, choć bardzo przewiewny. Dwie ściany wykonane są z drewna, a pomiędzy deskami znajdują się mniejsze bądź większe szparki. Właśnie tak buduje się część domów na wioskach. Jak dobrze, że mamy taką piękna pogodę i noce nie są jeszcze zimne :) 


Na kolację wspólnie zjedliśmy ryż z warzywami i tradycyjnym sosem nazywanym tutaj "dal" - nie odkryłam jednak jeszcze, co wchodzi w jego skład. Na deser dostaliśmy banana, który oczarował mnie swoim smakiem. Nasze banany koło tych nepalskich nawet nie leżały! Niewielkie, słodkie, o wyrazistym smaku - raj dla podniebienia. Pan Ram obiecał, że wkrótce nauczy nas jeść rękoma. Nepalczycy robią to bardzo sprawnie. Palce bez problemu zastępują sztućce. Ruchy dłoni są szybkie i majestatyczne. My do swojego posiłku dostaliśmy łyżkę, jednak w Nepalu niemal wszystko jada się rękoma. Być może wkrótce i nam uda się opanować tę sztukę.

Gdy zapadł już zmrok, przy pomocy naszego przenośnego camp shower, wzięliśmy prysznic. Na dworzu było już chłodno, a woda wydawała się lodowata. Zadanie trudne, ale wykonalne. Pan Ram ze swoją żoną byli dosyć zaciekawieni, prawdopodobnie nie gościli jeszcze nikogo, kto o zmroku, z boku domu, wieszał przenośny prysznic, rozbierał się i przystępował do kąpieli. Po wspinaczce i tak dużym wysiłku nie wyobrażaliśmy sobie jednak, aby położyć się spać bez szybkiego prysznica. Woda z tutejszej studni jest wodą górską, twardą, a więc z trudem zmywa z ciała resztki mydła. W nepalskich wioskach wszystko jest nieco bardziej skomplikowane. Jest za to niesamowicie pięknie!

Niedziela (22.11.2015) jak zwykle była leniwa. Maciej nie mówił i nie jadł, a ja spędzałam czas na rozmowach z Panem Ramem, który podczas spaceru pokazał nam najbliższą okolicę w swojej wiosce. Zaprowadził nas na wysokie wzgórze, z którego mogliśmy oglądać piękne widoki. Pogoda była upalna, poranna mgła opadła, dzięki czemu w oddali widzieliśmy cudowne, potężne Himalaje. Ze szczytu mogliśmy dojrzeć także miejscowośc Gorkha i pobliskie wioski.



Późnym popołudniem miałam okazję skosztować gotowanych, białych ziemniaków. Jeśli mam być szczera - nie posiadają żadnego smaku. Z odrobiną soli z pewnością byłyby znacznie lepsze. Mimo wszystko są bardzo sycące. Obserwowałam również jak Pani Gita, żona Pana Rama, przygotowuje jedzenie na kolację. Teraz już wiem, jak ugotować jedną z wielu wersji tradycyjnego "dal". Starałam się również nieco pomóc. Kolacja była oczywiście bardzo smaczna. Najczęstszy posiłek w nepalkich wioskach to ryż, który polewany jest "dal" - czymś w rodzaju sosu z warzywami.  Po zjedzeniu ryżu na słono (a raczej ostro) kolejną porcję ryżu jemy na słodko - dodając do niego banana, mleko, a czasami także miód. Można powiedzieć, że jest to pewnego rodzaju deser :)


W kulturze Nepalskiej kobiety, a w szczególności żony, nie spożywają posiłków w tym samym czasie, co mężczyźni. Żana siedzi przy mężu, dokłada mu na talerz różne składniki i czeka na jego pozwolenie - dopiero wtedy może zacząć jeść. Ja, jako gość, w domu Pana Rama jem razem z mężczyznami.

W poniedziałek (23.11.2015) wstaliśmy stosunkowo wcześnie. Wiedzieliśmy, że właśnie tego dnia czeka nas spotkanie w wiosce Bakrang-6, a więc tam, gdzie planujemy odbudować szkołę. Z Bakrang-6 przyszedł do nas Prakash, nauczyciel języka angielskiego. Wspólnie zjedliśmy obfite śniadanie. Tak, znowu ryż z dal :) Ten posiłek jada się tutaj nieustannie. Maciejowi zaczyna się już nudzić, mi w dalszym ciągu bardzo smakuje.


O 10:00 lokalnego czasu razem z Prakashem i Panem Ramem wyruszyliśmy z Bakrang-1 do Bakrang-6. Cała droga zajęłam nam ponad godzinę i nie była szczególnie męcząca. Na przemian wchodziliśmy pod górę, po czym schodziliśmy w dół, przy okazji podziwiając widoki. Byliśmy niesamowicie zaskoczeni, kiedy okazało się, że wszystkie dzieci ze szkoły, a także wszyscy nauczyciele, na czele z dyrektorem, czekają na nasze przybycie. Zostaliśmy obdarowani wieloma pięknymi bukietami kwiatów, które zawieszono nam na szyjach. Nasze twarze zostały natomiast ozdobione czerwonymi znakami. Dzieci utworzyły tunel, otaczając nas po obu stronach. Wszyscy nieustannie klaskali i obrzucali nas płatkami kwiatów. W takiej atmosferze doszliśmy do pomieszczenia, w którym każdy nauczyciel przywitał nas osobiście. Na naszych szyjach znalazły się kolejne bukiety, a na twarzach kolejne znaki. Wszystkie dzieci dookoła powtarzały nasze imiona.
Byłam niezwykle wzruszona, a w moich oczach pojawiły się łzy. Czułam się tak, jakbym w swoim życiu wygrała coś bardzo cennego. Uśmiech na twarzach dzieci i miejscowej ludności był moją nagrodą.
 https://www.youtube.com/watch?v=g6zonbEGuBk





Po długiej ceremoni przywitania zostaliśmy przedstawieni społeczności szkolnej. Pan Ram i Prakash wygłosili przemówienie, po czym i my zabraliśmy głos. Kiedy dzieci rozeszły się do domów, rozpoczęliśmy zebranie. Społeczność szkolna wybierała między sobią, kto wejdzie w skład komitetu odbudowy szkoły. My w tym czasie obejrzeliśmy szkołę tymczasową, a następnie udaliśmy się w miejsce docelowe, a więc tam, gdzie niegdyś stała szkoła zniszczona przez trzęsienie ziemi. Nepalczycy rozebrali większość pomieszczeń. Na fundamentach zalega niestety jeszcze wiele gruzu, jednak miejscowa ludność obiecała, że dokończą pracę w najbliższym czasie. Początkowo zaproponowano, aby wynająć pracowników, którzy usuną gruz. Koszty tej pracy mieszkańcy chcieli pokryć z zebranych przez nas pieniędzy. Stanowczo zaprotestowaliśmy, ponieważ nie taka była między nami umowa. Nepalczycy zobowiązali się w maju, że usuną pozostałości po zniszczonej szkole. Postawiliśmy im zatem twarde warunki. Zanim ruszymy z budową muszą to zrobić samodzielnie, bezkosztowo. Byliśmy lekko zdenerwowani podczas rozmów na temat usunięcia gruzu, jednak dzięki naszej stanowczości Nepalczycy szybko zorientowali się, że na pewno nikt nie będzie mógł nami sterować i nie da się z nami pogrywać. Wszyscy muszą się po prostu zmobilizywać do wspólnej pracy.
 https://www.youtube.com/watch?v=jsc8or_Obhw


Kiedy wstępnie udało nam się rozwiązać problem i miejscowa ludność zapewniła, że dotrzyma swojej obietnicy, rozpoczęliśmy przygotowywanie planu odbudowy szkoły. W komisji ostatecznie znalazło się 9 osób, w tym Pan Ram i Prakash. Plan działania jest nastepujący: delegacja z komisji odbudowy w najbliższym czasie uda się do District Education Office w Gorkha, aby uzystkać odpowiednie pozwolenia, po czym uda się do Ministerstwa Edukacji w Katmandu, gdzie sfinalizuje wszystkie formalności. Mając odpowiednie zgody będziemy mogli ruszyć z budową. W międzyczasie dojdzie do spotkania z inżynierem, który ma koordynować prace przy budowie. Inżynier mieszka w Katmandu i jest przyjacielem Pana Rama oraz Prakasha. Nie ukrywamy, że chcemy go najpierw poznać, nim podejmiemy decyzję o zatrudnieniu. Jesli mamy być szczerzy, wolelibyśmy zatrudnić inżyniera, który mieszka znacznie bliżej, a więc w Gorkha. Czas jednak pokaże, jak rozwiążemy tę sprawę. Na dzień dzisiejszy najważniejsze są wszystkie pozwolenia z Ministerstwa, gdyż bez nich nie możemy przystąpić do dalszych etapów pracy.

Kiedy wszystko zostało już ustalone, Prakash zaprosił nas do swojego domu, gdzie poznaliśmy jego żonę, rocznego synka, a także bliskich znajomych. Po krótkim odpoczynku i rozmowie musieliśmy pożegnać się ze wszystkimi i rozpocząć drogę powrotną do Bakrang-1, tak, aby zdążyć przed zachodem słońca. Wspinaczka po wzgórzach w zupełnych ciemnościach nie byłaby łatwa. 


Po drodze wypiliśmy herbatę w domu jednego z członków komitetu odbudowy i tuż przed zachodem słońca wróciliśmy do domu Pana Rama. Szybka kąpiel, ryż z dal na kolację, rozmowy z Panem Ramem na świeżym powietrzu i w końcu, po dniu pełnym ekscytacji, czas na spanie.

Kobiety w Nepalu posiadają dużo niższą pozycję niż mężczyźni. Muszą oddawać im szacunek i być wobec nich posłuszne. Ponadto wykonują wszystkie polecenia mężczyzn. Moje uczestnictwo w ważnych decyzjach jest dla Nepalskiej ludności dużym zaskoczeniem. Tutaj o ważnych sprawach decydują wyłącznie mężczyźni. Królestwem kobiet jest w szczególności kuchnia. Ja przekraczam wszystkie tradycyjne granice tego kraju. Jako jedyna kobieta siedzę w gronie wielu mężczyzn podczas ważnych spotkań i w sposób merytoryczny z nimi dyskutuję, wykazując się niekiedy większą wiedzą od tej, którą oni posiadają. Mężczyźni wciąż nie wiedzą, w jaki sposób powinni mnie traktować, ponieważ nie przywykli do takich sytuacji. Czują się skrępowani, gdy muszą słuchać moich opinii i zgadzać się z moimi racjami. Często więc udają, że mnie nie słuchają. Problematyczny jest dla nich także mój wiek. Mogę się założyć, że prawdopodobnie jeszcze nigdy 24-letnia kobieta nie mówiła im, co powinni robić.

Wszyscy mężczyźni wciąż zwracają się z każdą sprawą bezpośrednio do Macieja i starają się mnie pomijać, co wynika z ich niezwykle silnie patriarchalnej kultury, a nie złych zamiarów. Traktują mnie oczywiście z ogromnym szacunkiem, nie wiem jednak, czy nie robią tego ze względu na Macieja, dla którego jestem równorzędnym partnerem i doradcą, niż ze względu na moje kompetencje. Po kilku dniach widzę jednak duży postęp w tej kwestii. Mężczyźni zdają sobie sprawę, jak istotną rolę odgrywam. Wiedzą też, że kontroluję wszystkie działania na miejscu, w Nepalu. Za jakiś czas prawdopodobnie nikt nie będzie odczuwał skrępowania bądź dysonansu ze względu na moją płeć. Na dzień dzisiejszy sytuacja jest - dla mnie - dosyć zabawna - dla Nepalczyków natomiast zapewne bardzo kłopotliwa :)

Często opowiadamy wszystkim jak relacje między płciami wyglądają w Polsce, a także całej kulturze europejskiej. Nepalczycy są wyraźnie zaskoczeni. Uważają, że kobieta powinna okazywać mężczyźnie szacunek. Kobiety mimowolnie się z tym zgadzają i nie protestują. Usługując swoim mężczyzną czują się ważne. Pan Ram w poniedziałek, po powrocie z Bakrang-6, zaczął wypróbowywać nasze standardy. Wieczorem pomógł żonie zamieść ganek przed domem i podał jej do ręki kubek z herbatą (w Nepalu to kobieta podaje wszystko mężczyźnie). Pani Gita wciąż jednak jadła dopiero po tym, gdy my zakończyliśmy swój posiłek.

We wtorek (24.11.2015) wstaliśmy wczesnym rankiem, z zmiarem odbycia wycieczki do najbliższej świątyni. Gdy byliśmy już gotowi do wyjścia, Pan Ram poprosił nas o zrobienie kilku zdjęć mieszkańców wioski, którzy wspólnie ścinają ryż na polu. Po wykonaniu fotografii szybko sami zabraliśmy się do pracy. Każdy z nas otrzymał swój sierp i razem z lokalną ludnością obrabialiśmy pole. Nie jest to taka łatwa sprawa, szczególnie kiedy pierwszy raz w życiu trzyma się sierp w ręku. Mieliśmy przy tym jednak sporo zabawy :) 
 https://www.youtube.com/watch?v=8ye9_uYr8Ps




Po pracy przyszedł czas na herbatę z mlekiem i cukrem, po czym ruszyliśmy w drogę do świątyni. Około dziewięć kilometrów pod górę, po skalnych kamieniach. Docierając na miejsce czułam ogromne zmęczenie, moje ciało parowało. Po wysiłku szaleją jednak endorfiny, a gdy zjedliśmy na obiad pyszny nepalski makaron z warzywami - ogarnęło nas szczęście. Spacerowaliśmy w okolicy świątyni, podziwiając kosze z mandarynkami, które dojrzewają na pobliskich drzewach. W drodze powrotnej zakupiliśmy dwa kilo mandarynek, zakochując się w ich smaku. Polskie mandarynki niestety nie mogą się z nimi równać. W Nepalu mogłabym je jeść kilogramami. 



Droga powrotna do domu Pana Rama to kolejne 9 kilometrów, tym razem nieustannie w dół. Wspinaczka pod górę wymaga dużego wysiłku, schodzenie w dół po kamiennych schodkach i skałach musi odbywać się natomiast w dużo większym skupieniu, gdyż bardzo łatwo można zaliczyć upadek. Maciej sam miał okazję tego doświadczyć podczas naszego spaceru :)

Po powrocie do domu czułam się naprawdę zmęczona. Mięśnie w moich nogach samoczynnie drżały. Byłam jednak mimo to naprawdę szczęśliwa i zadowolona. Wieczorem wzięliśmy kąpiel i zjedlismy kolację - tradycyjnie już używając do tego wyłącznie swoich dłoni. Nieustannie zadziwia mnie kultura nepalska. Podczas gdy my w kuchni spożywaliśmy posiłek razem z Panem Ramem i Panią Gitą, ich przyjaciel siedział na dworze i po prostu na nas czakał. W Polsce gospodarze już dawno zaprosiliby go do środka i zaproponowali chociaż niewielką ilość jedzenia. Nepalska gościnność bardzo różni się od gościnności polskiej. 

Siedząc po kolacji w naszym pokoiku poczuliśmy jak ziemia drży. Łóżko poruszało się lekko w prawo i w lewo, choć tylko przez chwilę. Trzęsienie ziemi było stosunkowo silne, ale krótkotrwałe. To pierwsze trzęsienie, które odczułam. Okazuje się, że wystepują one obecnie w Nepalu stosunkowo często.

Chwilę później czekała na nas kolejna niespodzianka. -Maciej, co to za stworzenie siedzi na naszej ścianie? Nie wygląda przyjaźnie - zapytałam. Maciej poświecił latarką, pomyślał i potwierdził moje obawy. To skorpion. Niewielki i całkiem niepozorny. Ponoć im mniejszy jest skorpion - tym bardziej jadowity.W czwórkę, razem z Panem Ramem i jego wieloletnim przyjacielem, rozpoczęliśmy akcję łapania skorpiona. Podobno w Nepalu nie ma ich wiele. Pan Ram pocieszył nas również, że skorpiony w jego kraju co prawda są niebezpieczne i jadowite, ale ich jad nie jest śmiertelny. Uff, co za ulga. Ugryzienie takiego małego skorpiona wiązałoby się jednak z okropnym bólem i prawdopodobnie kilkudniową gorączką, a przecież nie możemy marnować naszego czasu w Nepalu na tak przyziemne rzeczy :) Dzielny Maciej, nasz bohater, złapał skorpiona do butelki i wyniósł go daleko od domu. Zostaliśmy uratowani! Z naszym nowym, zwierzęcym przyjacielem w pokoju na pewno bym nie usnęła :)


Około 20:00  czekała na nas ogromna niespodzianka. Pan Ram ze swoją żoną zabrał nas do miejsca, w którym dochodzi do wspólnych spotkań w Bakrang-1. Cała społeczność wioski zebrała się tam, by nas oficjalnie powitać i podziękować za to, co robimy. Zostaliśmy ponownie obdarowani bukietami kwiatów i drobnymi nepalskimi przysmakami. Po przemówieniach mężczyzn i kobiet rozpoczęły się tańce i śpiewy. Niemal ani przez chwilę nie mogłam usiedzieć w miejscu, ponieważ nieustannie ktoś porywał mnie do tańca. Być może za kilka miesięcy będę tańczyć tak, jak robią to Nepalki. Ponoć idzie mi całkiem dobrze :) 


W środę (25.11.2015) opuściliśmy Bakrang-1 i wyruszyliśmy do Gorkha. Wynajęliśmy skromny pokoik i zwiedziliśmy miasto. Ponownie spotkaliśmy się także z Sudipem,  który prawdopodobnie pomoże nam załatwić wiele formalnych spraw związanych z odbudową szkoły!

Komentarze

Popularne posty