Jak zostałam porwana i dałam się porwać

Wraz z początkiem sierpnia wróciłam do Gdańska. Chociaż kocham swoje rodzinne miasto, Poznań nieustannie przyciągał mnie do siebie niczym niewidzialny magnes. Miałam odpocząć, ale wciąż myślałam o tym, co aktualnie dzieje się w Stowarzyszeniu. Pomagałam zdalnie przy projekcie, ale wciąż czułam, że coś istotnego mnie omija. Coś, co na miejscu byłoby w zasięgu moich rąk. Ostatecznie w Gdańsku nie spędziłam nawet 30 dni. Pod koniec sierpnia siedziałam już w pociągu do Poznania. Spakowana w jedną walizkę, z laptopem na ramieniu - jechałam tam w końcu zaledwie na miesiąc, z nadzieją, że ten czas będzie upływał bardzo powoli.

Wraz z przyjazdem wpadam w wir pracy i znowu czuję, że robię to, co lubię. Dalej koordynuję projekt "Wolontariat z MOPR w poznańskich rodzinach", razem z Anią i Kasią szukamy kogoś na moje miejsce. Do końca września powinnam wdrożyć nową osobę. Potem, zgodnie z planem, mam wrócić do Gdańska, do domu. Niemal każdą wolną chwilę poświęcam na projekt nepalski, a pracy jest naprawdę dużo. Został miesiąc do zakończenia zbiórki funduszy na Polak Potrafi, gdzie wciąż brakuje niestety ponad połowy kwoty. Mamy kolejny długi przestój. Głowimy się nad działaniami, które wciąż jeszcze możemy podjąć. W międzyczasie ze swoją skarboną odwiedzamy festiwal "Pyrlandia" na Łęgach Dębińskich.





Jestem świeżo po studiach i niemal jako jedyna z naszej stowarzyszeniowej ekipy dysponuję czasem także w godzinach 8:00-16:00, a więc właśnie wtedy, gdy "atakować" należy wszystkie media. Staramy się o kolejny medialny strzał, który znów pomoże nam nagłośnić projekt. Coraz częściej współpracuję z Maciejem. Widzimy się niemal codziennie i we dwójkę realizujemy strategię - ja tworzę pisma i wysyłam maile, Maciej telefonicznie potwierdza ich odbiór i uzyskuje kontakty do kolejnych dziennikarzy. Początkowo lekko zmartwiona, zastanawiam się, jak dam sobie radę z tak dużą, codzienną dawką "Macieja w Macieju". W końcu pracuje się z nim naprawdę ciężko, trudno do niego dotrzeć i efektywnie przebić się przez jego racje. Tak właśnie wtedy postrzegam naszą współpracę. Mimo, że Macieja bardzo lubię, stosunkowo często na niego narzekam. Szczególnie na typowe dla niego szukanie dziury w całym i nieprzyjmowanie racjonalnych argumentów. Czekam zatem, aż przy tak intensywnej współpracy w końcu się pokłócimy.

Szybko jednak zauważam, że im częściej ze sobą współpracujemy, tym lepiej się uzupełniamy. Maciej spontanicznością podsyca moją formalność, a ja uformalniam jego spontaniczność. Każdą różnicę zdań prędzej czy później zamieniamy w korzystny dla projektu konsensus. Praca idzie sprawniej, a co najważniejsze, widzimy mniejsze bądź większe efekty. Działamy na zasadzie synergii, rezultaty naszej wspólnej pracy są cenną wartością dodaną. Znacznie wyższą od sumy poszczególnych, oddzielnych działań. Ku mojemu zdziwieniu, nie ma między nami spodziewanych kłótni. W zasadzie to bardzo lubię tę naszą współpracę.

W pierwszej połowie września przygotowujemy z Maciejem banery do dalszej promocji projektu.
-Jędernaliku, pojedź ze mną do Nepalu - mówi Maciej niespodziewanie. W taki sposób, jakby właśnie składał mi najzwyczajniejszą propozycję na świecie. Śmieję się i przyjmuję to za niezbyt udany wygłup. Ale Maciej twierdzi, że nie żartuje. Że sam sobie w Nepalu nie poradzi, że to jego największy projekt i że ze swoją sumiennością i racjonalnym podejściem do życia bardzo mu pomogę. 
-Pojedź ze mną do Nepalu, nie daj się prosić! - dodaje. Odpowiadam, że nie mogę i całej sytuacji, która właśnie miała miejsce, nie biorę na poważnie.

Ale temat wyjazdu do Nepalu się nie kończy. Przez kilka kolejnych dni Maciej powtarza swoje pytanie i koniecznie chce, żebym z nim pojechała. Jestem coraz bardziej wystraszona. Nasze rozmowy nie przypominają już żartów. Racjonalnie próbuję zrozumieć, jakie myśli obecnie plączą mu się po głowie i co sobie ubzdurał. Czy to chwilowa fiksacja, z której zrezygnuje, gdy tylko uświadomi sobie, że moja obecność w Nepalu nie jest do niczego potrzebna? Czy może to faktycznie przemyślany pomysł, choć na taki nie wygląda? Z Maciejem nigdy nic nie wiadomo.

Pomimo, że wizja wyjazdu wewnętrznie bardzo mi się podoba i część mnie chciałaby krzyknąć "tak!", moja odpowiedź wciąż jest przecząca.
-Przecież sama mówiłaś, że nie wiesz, czego chcesz teraz od życia, że masz mętlik w głowie. Właśnie daję Ci rozwiązanie. Wyobraź sobie tylko, ile dobrego zrobisz, ilu ludzi poznasz, ile zobaczysz!
Nieustannie odmawiam. Maciej każe podać mi racjonalne argumenty, a więc podaję. Wszystkie związane z moim dosyć stabilnym, poukładanym życiem prywatnym, którego nie mogę z dnia na dzień rzucić na 8 miesięcy, wywrócić do góry nogami. Tak dzieje się tylko w filmach. Prawda?
-Będę rezerwować bilety. Zarezerwować też jeden dla Ciebie?

Odpowiadam przecząco i jestem przekonana, że na tym się skończy.

Nie trudno się domyśleć, jak bardzo się myliłam. Pewnego dnia Maciej pomachał mi przed nosem dwoma biletami lotniczymi. Nie kojarząc faktów po prostu się ucieszyłam. Skoro bilety są kupione, to wyjazd jest pewny. Jeszcze przez chwilę nie zastanawiałam się nad znaczeniem takiej, a nie innej ilości biletów. Maciej podał mi jeden z nich do ręki i kazał otworzyć. Co zobaczyłam w środku? Moje imię i nazwisko. Tak, właśnie dostałam bilet do Nepalu, do mojej pierwszej podróży życia. Bilet, którego nie da się oddać, ani przebukować na inną osobę. O ironio losu!



Prawdopodobnie powinnam od razu zacząć skakać z radości i wpaść w euforię. W końcu nie każdemu przytrafia się taka szalona historia. Początkowo nie było mi jednak do śmiechu. Czułam złość. Byłam wściekła na Macieja. Tak się nie robi. Nie można podejmować za kogoś decyzji i stawiać go w tak trudnej sytuacji. Co on sobie wyobrażał? Jedną swoją decyzją skomplikował wszystko, dosłownie wszystko w moim życiu.
Czy tego chciałam, czy nie, bilet formalnie już posiadałam. Ale wciąż nie odpowiedziałam na pytanie, czy pojadę. Choć doskonale znałam odpowiedź. Przez chwilę próbowałam ją przed sobą ukryć, oszukać samą siebie. Czego się bałam? Tego co nowe i nieznane. Braku stabilność i konsekwencji tak dużych zmian. Bałam się, że przy życiowym ADHD Macieja, będę go tylko spowalniać, że przez 8 miesięcy w podróży ostatecznie się nie dogadamy. Przez wiele dni natłok myśli rozrywał mi głowę od środka, a nocami nie mogłam zmrużyć oka. Nie wiedziałam, co mam robić i na co się decydować. Maciej szybko rozwiewał moje wątpliwość. Zaufałam mu w tej kwestii, podróż to całe jego życie. Co najważniejsze - bardzo chciałam jechać, oczywiście, że chciałam.

Potem przyszła niewyobrażalna radość i ekscytacja. Każda rozmowa o wyjeździe pozytywnie mnie nakręcała, działała jak silny narkotyk. Choć długo nie docierało do mnie, że już w listopadzie będę w Nepalu, choć długo nie mogłam w to uwierzyć, czułam ogromną satysfakcję, po prostu się cieszyłam. Kupując bilety, Maciej podjął za mnie decyzję, której samodzielnie nigdy bym nie podjęła. Okoliczności życiowe wiązały mi ręce, moja zachowawczość nie chciała pozwolić na zmiany. Co z tej decyzji wyniknie? Przekonamy się za 8 miesięcy. Zostałam porwana i dałam się porwać.

Od tej chwili Maciej zaczął publicznie mówić o naszym wyjeździe - nie było już odwrotu. Bilety lotnicze pierwszy raz zaprezentował na XX Festiwalu Górskim w Lądku Zdroju, gdzie przez cztery dni promowaliśmy nasz projekt. Spotykając ludzi ze świata podróży szybko uświadomiłam sobie, że wyjeżdżam. Od tej pory miała ochotę już tylko "na więcej".

W Lądku zbieraliśmy fundusze na odbudowę szkoły w Bakrang-6. Każda kupiona cegiełka brała udział w losowaniu nagrody - 2 tygodniowego pobytu w Nepalu. Podczas całego festiwalu sprzedaliśmy aż 70 cegieł. Szczęśliwym zwycięzcą został Romek, posiadacz cegły nr 25, który już w styczniu 2016 odwiedzi nas w Nepalu!


Moja-nie-moja decyzja o podróży była zaskoczeniem niemal dla wszystkich. Była zaskoczeniem również dla mnie samej. Co się teraz wydarzy? Nie wiadomo. Czego powinnam się spodziewać? Nie wiadomo. Czy powinnam się denerwować? Nie wiadomo. Jedno jest pewne, to czas wielkich zmian. Przed nami ogromna odpowiedzialność i wspaniała przygoda.

Lecimy zatem do Nepalu.
Ja - żółtodziób podróży. Kraje, które do tej pory odwiedziłam można zliczyć na palcach jednej ręki. Wszystkie w granicach Unii Europejskiej. O podróżach nie wiem nic, nie znam żadnych obcych kultur. Ktoś mi kiedyś powiedział, że podróże powinno się stopniować. Wychodzi na to, że złamię tę zasadę.
Maciej - podróżnik i społecznik, który zwiedził 91 krajów świata. Dopiero w podróży czuje, że żyje. Zrealizował wiele nieszablonowych projektów na sześciu kontynentach. Jest ciągle w ruchu, nieustannie odkrywa - ludzi, kultury, krajobrazy. I ciągle mu mało.

Ja - racjonalna, spokojna, zachowawcza. Sumienna i rzetelna. Chorobliwa perfekcjonistka. Najpierw myślę, potem robię. Kalkuluję zyski i koszty, rozważam okoliczności nim podejmę decyzję. Lubię mieć precyzyjny plan działania, którego należy się trzymać. Boję się zmian.
Maciej - spontaniczny, żywiołowy, w gorącej wodzie kąpany. Niecierpliwy i uparty optymista. Najpierw robi, potem myśli. Nie lubi tego, co posiada strukturę, nie lubi kurczowo trzymać się planu. Działania dostosowuje do okoliczności. Uważa, że zmiany dają wolność i są niezbędne. Zarówno w życiu, jak i w podróży.
Wygląda na to, że razem tworzymy mieszankę wybuchową. Ale ze złotym środkiem :)



Komentarze

Popularne posty