sobota, 17 czerwca 2017

Szkoła w Bakrang-6 wybudowana i oddana do użytku! Świętujemy sukces!

Drodzy Darczyńcy i Wspierający!

Pod koniec maja dzielnie pracowaliśmy nad wykończeniem naszej szkoły. Dobieraliśmy kolory, malowaliśmy budynek, okna i drzwi, zakładaliśmy lampy, wiatraki, kontakty. Było naprawdę intensywnie. Z lotniska w Kathmandu odebraliśmy także gości z Polski - Anię Wawrzyniak z naszego Stowarzyszenia, która w Polsce zajmowała się projektem oraz trzech największych darczyńców naszej szkoły - Panią Jadwigę Pastwę (mamę Macieja, która wyraziła zgodę na sprzedaż mieszkania po babci i zawsze wspierała nas w naszych działaniach), Marię Magdalenę Kwiatkiewicz i Michała Kwiatkiewicza oraz Pawła Skrzyniarza z synem Jeremim.
I nagle, zupełnie niespodziewanie przyszedł ten nadzwyczajny dzień... 2 czerwca 2017 roku w wiosce Bakrang-6 w Nepalu otworzyliśmy największą szkołę wybudowaną po trzęsieniu ziemi dzięki wsparciu polskich darczyńców! Naszej polskiej szkole nadaliśmy imię Marii Magdaleny Kwiatkiewicz - poznańskiej filantropki, podróżniczki, fotografki, która od początku do końca wspierała nasz projekt, ale również wiele innych miejsc w Nepalu! Dziękujemy.
To był naprawdę niesamowity dzień. Pełen wzruszeń i łez. Dzień, w którym jak nigdy wcześniej poczuliśmy satysfakcję z naszej pracy. Były to emocje, których nie da się opisać, nie da się zrozumieć, nie da się wytłumaczyć. I nie wiem co mogłabym więcej napisać na ten temat, bo żadne słowa nie wystarczą. Pozwolę obie więc zacytować swój wpis z profilu projektowego na Facebook'u pisany tuż po otwarciu:

"O tym dniu marzyliśmy od dwóch lat, a wiec od momentu, kiedy w naszych głowach rodził się pomysł projektu budowy szkoły. Niekiedy bardzo w niego wierzyliśmy, a niekiedy wydawało nam się, ze nigdy go nie doczekamy. 
Budowa jakiegokolwiek budynku to niestety nie jest łatwa sprawa. Teraz wiemy to doskonale.
Bywały dni, kiedy byłam zła, zdenerwowana, zestresowana, wściekła, zawiedziona, wykończona i pozbawiona jakiejkolwiek energii. To było największe wyzwanie, jakiego się podjęłam. Najwieksza praca, jaką wykonałam. Było po prostu bardzo ciężko. O tych wszystkich złych chwilach nie chce już nawet pamiętać.
Ale mimo wszystko udało się! Nie wiadomo kiedy ten czas minął, ale dokonaliśmy niemożliwego. 2 czerwca 2017 roku, po dwóch latach pracy, otworzyliśmy polską szkołę w nepalskiej wiosce Bakrang 6, której nadaliśmy imię Marii Magdaleny Kwiatkiewicz - wspaniałej filantropki, wspierającej nie tylko nasz projekt, ale wiele wiosek w Nepalu i wielu ludzi na całym świecie.
A jednak doczekaliśmy się tego dnia! I było przepięknie! Cudownie i wzruszająco. Z radości i sentymentu popłakaliśmy się więcej niż kilka razy. Wyobrażacie to sobie? To uczucie, gdy po dwóch latach wolontariackiej pracy i roku życia spędzonym w Nepalu spełnia się największe marzenie, o jakim myśleliście? A tym bardziej, ze wielokrotnie kłody sypały się pod nogi i wydawało się to niemożliwe?
Nieskromnie mówiąc - szkoła jest silna, solidna i piękna! Wszyscy są zachwyceni, dzieci uśmiechają się z radości, a my nie możemy się napatrzeć, czego udało nam się dokonać. Jesteśmy dumni.
Mimo wielu problemów doskonale wiem, że dzień otwarcia był najpiękniejszym dniem w moim życiu. I nie wiem, co musiałoby się wydarzyć, aby to się zmieniło.
Było wiele osób, dziewczynki tańczyły w narodowych strojach, zabrzmiał hymn nepalski i polski, były przemówienia, prezenty, a dzieci ze szkoły w polskim języku krzyczały "Dziękujemy, dziękujemy!" I "Sto lat, sto lat, niech żyją, żyją nam!"
Jak o tym pisze, to wciąż mam łzy w oczach.
Nie wierzę, ze otwarcie już za nami, że powoli gasimy światło w projekcie. Kiedy to wszystko się wydarzyło? W miejscu, w którym widzicie dzisiaj szkołę, pól roku temu nie stało zupełnie nic, a dwa lata temu straszyły zgliszcza szkoły, która runęła podczas trzęsienia ziemi. A od teraz dzieci noga korzystać z ośmiu nowych, komfortowych i dużych sal.
I chyba naprawdę nie mam slow, by opisać to, co czuję. Nie zrozumie bowiem nikt, kto tego nie przeżył. Jesteśmy dumni.
Jeszcze raz dziękujemy wszystkim Darczyńcom i Wspierającym. Bez Was by się nie udało". 

Dzisiaj, od trzech dni, jesteśmy już w Polsce. Próbujemy przystosować się na nowo do tutejszej rzeczywistości. A jeszcze kilka dni temu żegnaliśmy się z sentymentem z dzieciakami ze szkoły, sąsiadami, nepalskimi przyjaciółmi...
Ostatni miesiąc był tak intensywny, tak zaskakujący, męczący, pracowity, wyjątkowy, że naprawdę jeszcze nie wiem jak go opisać, podsumować. 
Zobaczcie tymczasem jak wyglądała ceremonia otwarcia, jak prezentuje się nasza szkoła i czekajcie na kolejne materiały z otwarcia, które sukcesywnie będziemy wrzucać! Pozdrawiamy!














Wyobraźcie sobie, że siedem miesięcy temu dokładnie w tym samym miejscu nie stało zupełnie nic...


czwartek, 18 maja 2017

Szkola wytynkowana! Czekamy na malarzy!





Żeby z nadmiernie przedłużających się urlopów wrócili wszyscy nasi pracownicy - musiało jednak dojść do wojny między nami a kontraktorem. Smutne to bardzo, ale taka właśnie jest rzeczywistość Nepalu. Jak długo mogliśmy pozwalać wodzić się za nos? Jak długo mogliśmy pozwalać na wstrzymywanie tynkowania, po to, by odpowiedzialni za nie pracownicy pomagali w przygotowaniach do wylewki? W pewnym momencie w Bakrang wszystko stanęło na głowie. Codziennie od kontraktora słyszeliśmy jedno podstawowe kłamstwo - "Pracownicy przyjadą jutro". Jak łatwo się jednak domyśleć, pracownicy wcale nie przyjeżdżali. I kontraktor doskonale o tym wiedział. A my? My po prostu nie tolerujemy kłamstwa.

A wystarczyło przecież z nami normalnie prozmawiać. Powiedzieć o problemie z pracownikami i wspólnie jakoś wybrnęlibyśmy z sytuacji. Nawet gdybyśmy nie byli w stanie nic zmienić, nie czulibyśmy się oszukiwani. Ale kontraktor wybrał złą drogę i myślał, że będziemy czekać na pracowników w nieskończoność. Przy czym czekanie to najmniejszy problem. Największy problem to fakt, iż sukcesywne postępy w budowie były wstrzymane. A więc doszło do potężnej kłótni między nami a kontrktorem, która z wszystkich wyssała energię do ostatniej kropli. Maciej zwyczajowo wpadł w swój "nepalski" szał i było go słychać chyba we wszystkich Bakrangach. Podczas gdy on wydzierał się jak szaleniec, ja za pomocą rozmowy próbowałam dotrzeć do naszego kontraktora. Ten, początkowo bierny, postanowił na mnie wylać swoją frustrację (która przelała się na niego z maciejowych krzyków) i przestał ze mną rozmawiąc po angielsku. Zaczął słowotok w języku nepalskim, wiedząc doskonale, że nie rozumiem dokładnie, co do mnie mówi. Wygadywał także coś po nepalsku do naszych przypadkowo spotkanych sąsiadów i ostatecznie wyszło na to, że to ja chodzę zła i zdenerwowana. Pomyślałam, że to przecież jakieś szaleństwo. Że tak się nie da funkcjonować i że do takich sytuacji w ogóle nie powinno dochodzić.

Co w tym wszystkim najgorsze... ta obrzydliwa kłótnia przyniosła efekt. Po dwóch dniach, niczym Filip z konopii, w Bakrang pojawili się wszyscy nasi pracownicy. Dojechali hurtem, wszyscy razem, z czego łatwo można wywnioskować, iż ich urlopy i pobyt w domach wcale się nie przedłużały, ale od dłuższego czasu pracowali na innych budowach naszego kontraktora. Bo przecież nie da się uwierzyć w to, iż kontraktor zadzwonił do każdego pracownika z osobna, grzecznie poprosił, aby tym razem jednak do Gorkhy przyjechali, oni się potulnie zgodzili i wszyscy rozsiani po Nepalu na hura, w tym samym momencie pojawili się w Bakrang. Od dłuższego więc czasu byliśmy zwodzeni kłamstwami, dla których przykrywką był wyjazd pracowników z okazji święta Holi do domów. Oczywiście zapewne w domach byli, ale przez dni dziesięć, a nie ponad trzy tygodnie. I jak tu w tym wszystkim nie stracić równowagi?

Tak czy inaczej - pracownicy wrócili. I w liczbie 20 osób, w szaleńczym tempie kontynuowali przygotowania do ostatniej wylewki - zakładali szlunki, robili wiązania i kratownice z prętów metalowych. My tymczasem udaliśmy się do Gorkhy na dwa dni, by wraz ze ślusarzem przygotować metalową rynnę, którą chcemy zamontować na dachu szkoły. A że w Nepalu system odpływowy do wody nie jest powszechny (mimo ciężkich monsunowych deszczy), to rurę musieliśmy samodzielnie zaprojektować. Ze ślusarzem spędziliśmy więc cały dzień docinając i wyginając grubą, metalową blachę. Byliśmy z tej pracy bardzo zadowoleni! W drodze powrotnej do Bakrang rozpoczęliśmy także malowanie szlaków w kolorach polskiej flagi. Mamy nadzieję, że dzięki nim każdy chętny bez problemu przejdzie nepalską dżunglę i trafi do polskiej szkoły w naszej wiosce :)






  
W międzyczasie otrzymaliśmy także smutną informację - zmarła mama naszego kontrktora. Choć nie mieliśmy okazji poznać jej osobiście, było nam z tego powodu naprawdę przykro. Według tradycji następnego dnia po śmierci odbyła się ceremonia palenia zwłok i od tego momentu nasz kontraktor zobowiązany jest przez 13 dni przebywać wyłącznie w swoim domu. Odziany w białe szaty może spędzać czas jedynie w specjalnie odseparowanym pokoju i nie może nikogo dotykać, gdyż według wierzeń jest w tym czasie szczególnie podatny na działanie bakterii, a powinien pozostać w maksymalnej czystości. Wszyscy znajomi odwiedzają go w jego domu i w ramach darów przekazują ryż, owoce i słodycze. Po upływie 13 dni odbywa się wielka celebracja i osoba, której zmar ktoś bliski zobowiązania jest do nakarmienia wszystkich nadchodzących gości.

Z naszej perspektywy 13 dniowa kwarantanna oznaczała, iż kontraktor nie będzie pojawiał się na budowie, a co więcej, nie będzie obecny na ostatniej wylewce. My za to będziemy musieli wszystkich pracowników kontrolować samodzielnie. Dobrze, że mamy już za sobą kilka wylewek i dobre doświadczenie w tej kwestii. Co oczywiście nie zmienia faktu, że ostatnia wylewka okazała się nieco szalona i najbardziej stresująca ze wszystkich.

Po powrocie z Gorkha Prakash, pozostający w kontakcie z kontraktorem, ku naszemu zaskoczeniu poinformował nas, że "jutro będziemy wylewać strop". Jutro? Jak to jutro, skoro elektryka nie jest gotowa? Nasz nowy elektryk ma nas niekiedy głęboko w nosie i nie przyjeżdża do Bakrang na czas. Zaznaczyliśmy więc zawczasu, że bez gotowej elektryki na wylewkę nie pozwolimy. Nasz elektyk tymczasem oznajmił, iż jest w Kathmandu i pojawić się nie może, ale przyśle swoich pracowników "na już". I faktycznie tak zrobił, ale co z tego, skoro pracownicy nie mieli pojęcia, jak poradzić sobie z przeciąganiem rurek tak, aby wszędzie doprowadzić prąd?
Na tym oczywiście jeszcze nie koniec! Gdy weszliśmy na dach z wrażenia o mało z niego nie spadliśmy. Nasi pracownicy ukończyli przygotowywanie wiązań i gdy spuszczali je do szalunków - nie bardzo wiedzieli, co zrobić z rurkami elektrycznymi przechodzącymi z jednego budynku do drugiego. Po prostu im zawadzały. Wpadli więc na genialny pomysł, iż wygną je w drugą stronę, aby sprawnie się ich pozbyć. I co się stało? Przełamali nasze rurki! I to nie jedną, nie dwie, ale sztuk sześć. W taki sposób, że nie bylibyśmy w stanie przepuścić przez nie nawet najmniejszego kabla! A gdyby i tego było mało, nie postanowili nas nawet poinformować o tak ważnym fakcie. Bo i po co? Przecież to nie ich problem, jeśli elektryka nie zadziała. I ja się pytam, czy to nie jest szaleństwo? Gdybyśmy tego jakimś cudem nie zauważyli i zalali strop, to jeden budynek zostałby bez światła. I kto by za to poniósł konsekwencje?


Zmarnowaliśmy więc cztery godziny naprawiając błąd naszych pracowników. Na szczęście jakoś udało nam się to zrobić i wierzymy, że system zadziała. A potem? Potem odprawiliśmy z kwitkiem pracowników elektryka, ponieważ nie mieli pojęcia na temat pracy i nie zrobili zupełnie nic. I oficjalnie wstrzymaliśmy wylewkę. Nie będziemy wylewać stropu dopóki elektryk osobiście nie przyjedzie do Bakrang i nie poprowadzi pracy. Jedynym pocieszeniem tego dnia był fakt, iż udało nam się zamocować na dachu metalowy właz, który zostanie zalany w stropie


Elektryk następnego dnia (09.04) o dziwo się pojawił i to z samego rana. Pracował do późnego popołudnia i na ten czas ukończył swoją pracę. Na szczęście, jak już przyjeżdża do Bakrang, to wszystko idzie mu całkiem sprawnie.
Jeszcze tego samego dnia w Bakrang miała pojawić się betoniarka, ponieważ kolejnego dnia z rana chcieliśmy rozpocząć wylewkę. Betoniarka jednak nie dojechała. Tuż przed Bakrang zepsuło się koło i maszyna utknęła na noc.

W poniedziałek (10.04), kiedy wszyscy byli już gotowi do wylewki, betoniarka wciąż nie dojeżdżała. Trwało wielkie naprawianie. Godzinę, dwie, trzy, cztery. W końcu po godzinie 12 maszyna wjechała do Bakrang, a tuż za nią wjechał syn kontraktora, który miał czuwać nad wylewką. I mimo, iż wybiła godzina trzynasta, uparcie chciał rozpocząć wylewanie stropu. Oczywiście na to nie pozwoliliśmy i wstrzymaliśmy całą pracę. Na ukończenie wylewki potrzebujemy minimum 10 godzin, a nie możemy przecież dopuścić do tego, aby połowa stropu była wylewana w całkowitych ciemnościach. Dalczego Nepalczycy nie myślą o przyszłości, ryzyku i konsekwencjach? Nie wiem. Idea była taka: rozpocznijmy pracę, a problemami będziemy martwić się wtedy, kiedy się pojawią. Ale nie z nami takie działania. Wylewka znów została przełożona o kolejny dzień.

I o dziwo we wtorek z rana naprawdę rozpoczęliśmy pracę. Ale wciąż nie było łatwo. Niestety nasz kontraktor nawiązał współpracę z nowym właścicielem betoniarki, który do Bakrang dostarczył nam po prostu starego grata. I nie dość, że uprzednio zepsuło się koło, to jeszcze maszyna miksowała zaprawę tak wolno, że nasi pracownicy po prostu się nudzili. Co za okres! Nieustannie prześladowały nas jakieś problemy.


Pracę tradycyjnie zaczęliśmy od wylewania wiązań i filarów i nie doszliśmy nawet do połowy, kiedy betoniarka przestała działać... tym razem strzelił łańcuch! I rozpoczęło się godzinne naprawianie łańcucha, a czas uciekał, a wylane wiązania i filary schły na upalnym słońcu! I nawet nie chcę już pamiętać o nerwach i stresie, które wtedy nam towarzyszyły. I o kolejnej kłótni, tym razem z synem kontraktora, też już nie chcę pamiętać.




Byliśmy już bliscy ściągnięcia kolejnej betoniarki do Bakrang, ale pracownikom jakimś cudem udało się naprawić tego starego grata, który w Bakrang już stał i ledwo dyszał.
I znów ruszyliśmy do pracy, a po naprawie łańcucha betoniarka nawet nieco przyśpieszyła i pracownicy wreszcie otrzymywali zaprawę na czas. Było jednak dobrze tylko do momentu, kiedy maszyna ponownie się zepsuła. Dla odmiany tym razem zablokowała się lina i nie mogliśmy dostarczać zaprawy na dach. I tak uciekła kolejna godzina poświęcona na naprawę. Jak to dobrze, że dzień wcześniej wstrzymaliśmy wylewkę! Maszyna tak samo by się psuła i pracowalibyśmy chyba do białego rana.

Po tych wszystkich perypetiach ostatecznie udało nam się wylać strop. Pracowaliśmy 12 godzin, skończyliśmy po zmierzchu, ale jednak z sukcesem się udało. I właśnie w taki sposób zamknęliśmy cały budynek! To była ostatnia wylewka! Pięć miesięcy temu wykopywaliśmy potężne fundamenty w ziemi, a dzisiaj stoi w tym miejscu potężna budowla :)





W tym miejscu zgodnie z tradycją kilka słów o finansach. Całościowe wykonanie piętra szkoły (w stanie surowym, otwartym) kosztowało nas 100,791,8zł. Pragnę zeznaczyć, iż wszystkie wymienione przeze mnie kwoty wyliczane są na podstawie aktualnego kursu dolara i rupii nepalskiej. Są to kwoty szacunkowe, gdyż część elementów budowy zawiera się w dwóch poziomach (mowa przede wszystkim o prętach metalowych i kosztach ładowania i rozładowywania towarów). W kwocie tej zawarło się:
1. Łupień - 21 traktorów (57,75m3) za łączną kwotę 4,605.6zł
2. Opłaty za przejazd traktorów z łupniem przez drogę państwową - 160zł
3. Piasek - 23 traktory (69m3) za łączną kwotę 4,468.4zł
4. Cegły - 12 traktorów (24000 cegieł) za łączną kwotę 13,790.4zł
5. Cement - 660 worków (33 tony) za łączną kwotę 21,652zł
6. Pręty metalowe
a)Fi20 - 490 metrów (1217,45kg) za łączną kwotę 3,348.4zł
b)Fi16 - 1,429km (2273,4kg) za łączną kwotę 6,144.4zł
c)Fi8 - 17,741km (7096,6kg) za łączną kwotę 19,562.8zł
7. Cienki drut do wiązania prętów - 125,9kg za łączną kwotę 466,9zł
8. Transport wszystkich materiałów do Bakrang - 60 traktorów za łączną kwotę 9,142.8zł
9. Wynagrodzenie dla wykonawcy - łączna kwota 15,238zł
10. Premie dla pracowników - łączna kwota 640,76zł
11. Wyżywienie pracowników podczas wylewania stropu - łączna kwota 609,52zł
12. Reszta wydatków (takich jak miary, obcęgi, wiertarka, wiertła, gwoździe, plandeka przeciwdeszczowa na traktor, śruby, metalowy właz na dach, poziomice, opłaty za elektryczność itp.) - łączna kwota 961,8zł.

Po wylewce nasi pracownicy ruszyli do tynkowania. Przy tak dużej ekipie praca toczyla sie naprawdę zaskakująco szybko.  Po kilku dniach cztery klasy były już całkowicie wytynkowane wewnątrz i na zewnątrz, a kilku pracowników rozpoczęło nawet tynkowanie lewego boku szkoły. Do tego na jednym z budynków postawiliśmy murek do tarasu.



Nasi pracownicy tynkują naprawdę nieźle, bardzo się starają i jesteśmy im za to wdzięczni. Ale i tak wszędzie widać nierówności. Bo elektryk nie dojechał na czas i musiał coś poprawiać, bo pracownicy zostawiali dla niego puste przestrzenie i tynkowali na dwa razy, bo czasem nie wyrabiali się przed zachodem słońca i coś robili po ciemku albo dokańczali następnego dnia. I tak bardzo, jak walczymy o to, by elektryk przyjeżdżał na czas i by pracownicy tynkowali każdą ścianę całościowo na raz, tak też nie możemy nic więcej zdziałać. Nie potrafimy śledzić ruchów wszystkich 15 pracowników, szczególnie teraz, kiedy na budowie nie ma kontraktora, a my pracujemy nieustannie przy malowaniu ławek. Głową muru po prostu nie przebijemy.

I oczywiście mamy zastrzeżenia co do tynkowania, bo zdajemy sobie sprawę, że po malowaniu będzie widać każdą nierówność, a nawet najlepsza farba niczego nie ukryje (nie mówiąc już o tym, że ostatnio dość świeży tynk w trzech miejscach spadł z sufitu i pracownicy następnego dnia musieli go dolepiać - to tak odnośnie nieustannie pojawiających się problemów).

Początkowo wymyśleliśmy więc, iż na tynku położymy wykończeniową warstwę gipsu. Przynajmniej wewnątrz klas - bo wizualność w naszej kulturze zachodu ma jednak bardzo duże znaczenie, a nasze dążenie do perfekcyjności nie pozwala nam na zostawianie tego typu niedociągnięć. Ale przez te wszystkie opóźnienia podczas całej budowy brakuje nam już czasu na położenie gipsu. Do końca maja szkołę trzeba bowiem całkowicie wykończyć! Co więcej - Nepalczycy tych nierówności i poprawek w ogóle nie zauważają. Ich poczucie estetyki jest zasadniczo odmienne od naszego. Ani w prywatnych domach, ani w szkołach ludzie nie decydują się na gipsowanie. Bo to przecież do niczego niepotrzebny, kosztowny wymysł. Wszędzie są więc kiepskie, pomalowane tynki, które z naszego punktu widzenia wyglądają po prostu nieładnie. Przeprowadzaliśmy nawet eksperymenty wśród naszych mieszkańców - pytaliśmy, czy widzą błędy bądź nieładne elementy w wytynkowanych ścianach (jedną ścianę nawet próbnie wymalowałam na biało). Wszyscy rozglądają się na prawo i na lewo, zawzięcie szukają, ale nie widzą tego, co widzimy my (przy czym zasadniczo nie ma się czemu dziwić, w kulturze Nepalu na dzień dzisiejszy liczy się przede wszystkim wytrzymałość i użyteczność, a nie piękno - tutaj wciąż jeszcze dąży się zawzięcie do zaspokajania potrzeb pierwotnych, takich jak dach nad głową i jedzenie, a nie potrzeb wyższych, jak estetyka).

A szkołę budujemy przecież nie dla siebie, ale dla Nepalczyków. I nie my będziemy się w niej uczyć, ale nepalskie dzieci. I nepalskiego standardu estetyki niestety nie przeskoczymy. Gips położylibyśmy tylko i wyłącznie dla siebie, bo nikt tutaj nie zauważa różnicy. A szkoła po miesiącu użytkowania i tak będzie cała brudna, bo takie są tutaj warunki. Dlatego zapadła decyzja - gipsu nie będzie. Według nepalskiego standardu po tynkowaniu wymalujemy szkołę. I jestem pewna, że i tak będzie pięknie! A przede wszystkim silnie i solidnie! Bo wszyscy nieustannie twierdzą, że dajemy Nepalowi najsilniejszy budynek tego pokroju, jaki widzieli :)


Po dwóch tygodniach pracy nasi pracownicy ukończyli tynkowanie szkoły niemalże wszędzie z wyjątkiem dwóch klas, nad którymi wylewaliśmy ostatni strop. Budynek wygląda naprawdę coraz lepiej! Oczywiście pracownikom zdarzają się niekiedy drobne wpadki. Tak jak wtedy, gdy jeden z boków szkoły (w zasadzie ten najważniejszy, ukazujący się zaraz po wejściu na plac) wytynkowali z widocznym wgłębieniem u dołu ściany. Oczywiście nikt by tego w Nepalu nie zauważył i byłam raczej zdania, by nic na tej ścianie nie poprawiać, ale Maciej uparł się, że pracownicy mają coś z tym zrobić. Oni zatem zamiast w całości poprawić ścinę, dolepili nowy tynk we wgłębieniu. No i łatwo się domyśleć, że nie wygląda to pięknie. A mówiłam, żeby nic nie ruszać? Teraz mogą nas uratować już tylko malarze :) Nasz kontraktor, który po 13 dniach odosobnienia znów wrócił do Bakrang uspokoił nas jednak, iż malarze za pomocą maszyny wyszlifują wszystkie wybrzuszenia. Oby!




My za to, po pótorej miesiąca niemal codziennej pracy, ukończyliśmy czyszczenie i malowanie 72 ławek ze szkoły.  Mamy wrażenie, że trwało to wieczność, ale się udało. Teraz czekamy na dostawę sklejki, z której nasz mistrz drewna przygotuje blaty i siedziska. Obecnie zajmujemy się malowaniem 35 nowych ławek, które dojechały już na budowę. W Bakrang trwa bardzo pracowity okres. Na placu boju jesteśmy codziennie od 6:00 do 19:00. Potem już tylko kąpiel, sen i tak dni uciekają jak szalone!


W środę (26.04) na budowie rozpoczęliśmy nowy etap prac. Pracownicy przez cały dzień zrzucali szalunki po wylewce z ostatnich dwóch klas i wystartowali z przygotowywaniem posadzki! Ale nie byłby to Nepal, gdyby wszystko przebiegało łatwo i bez problemów. Nasz kontraktor znów przestał przyjeżdżać do Bakrang i nie kontrolował pracowników. W ciągu 1,5 miesiąca był na budowie zaledwie cztery razy. Oczywiście my jesteśmy na miejscu i wykonujemy jego pracę, ale to on jest szefem i pracownicy nie zawsze słuchają się nas we wszystkich kwestiach. A że dodatkowo przeważnie nie odbiera telefonów - niewiele możemy od niego wyegzekwować. I każdy mieszkaniec wioski jakoś go tłumaczy, bo w Nepalu zwyczajowo wszyscy wspierają najpierw siebie wzajemne, a dopiero na końcu nas. Jednym słowem na koniec budowy (czyli w najbardziej burzliwym i stresującym momencie) nasz kontraktor potocznie mówiąc 'leci sobie w kulki'. Jesteśmy źli!




Nasza złość osiągnęła maksymalny pułap, kiedy to pracownicy w dwóch salach na parterze źle wylali posadzki. Miał być widoczny spad na zewnętrzną stronę budynku, po to, aby woda swobodnie, samoczynnie z niego wypływała. Spad został przygotowany, ale bez uwzględnienia tarasu, w związku z czym w drzwiach zbierały się kałuże wody. Nie mogliśmy przecież do tego dopuścić, gdyż podczas monsunu woda cofałaby się do klas. A nasz kontraktor wciąż nie przyjeżdżał i wciąż nie odbierał tlefonów. Statek płynął do przodu, bo każdy znał swoje zadania, tylko jakość obranego kursu była nie do przyjęcia, bo na statku brakowało kapitana. Ostentacyjnie wstrzymaliśmy więc budowę. Powiedzieliśmy, że dopóki kontraktor nie pojawi się w Bakrang - nikt nie będzie pracować. I udało się ściągnąć kontraktora. Oczywiście doszło do potężnej kłótni, krzyków i wrzasków. Kontraktor zaczął nas straszyć, a my powiedzieliśmy, że jeśli nikt nie chce nas słuchać, to pakujemy się i zostawiamy budynek w takim stanie, w jakim stoi. Bez wytynkowania ostatnich sal, bez okien, bez malowania. Niech mieszkańcy poproszą swój rzad o jego dokończenie.

Ale wszyscy doskonale wiedzą, że pieniędzy znikąd nie dostaną, w związku z czym Prakash zaczął nas uspokajać i przekonywać, że budynku zostawić nie możemy. I jakoś ostatecznie doszliśmy do porozumienia z kontraktorem, bo przecież wszystkim nam zależy na skończeniu budowy. Kontraktor obiecał naprawić posadzkę na tarasie i przyjechać następnego dnia do Bakrang z gipsem, którym pracownicy naprawią wszystkie uszczerbienia w tynkach. A uwierzcie mi, jest ich naprawdę sporo. Bo to któremuś pracownikowi spadł bambus, a to któryś pracownik zahaczył o tynk sklejką, a to któryś z nich wrzucał cegłę na piętro i oczywiście wycelował nią prosto w wytynkowany mur. Niewiarygodne.

Co najciekawsze - mimo obietnicy kontraktor następnego dnia oczywiście do Bakrang nie dojechał i nawet nie zadzwonił, by nas o tym poinformować. Ale kto by się w zasadzie spodziewał, że będzie inaczej?
Często w Nepalu czujemy się lekceważeni i oszukiwani. Każdy mówi nam "ja to zrobię, nie ma problemu", "ja to załatwię, nie ma problemu", "jutro zadzwonię, nie ma problemu", "przygotuję zamówienie, nie ma problemu", po czym następnego dnia nikt nie pamęta na co się zobowiązał. I wszyscy myślą, że my też w tej sytuacji powiemy "nie ma problemu". A gdy tłumaczymy jak poważny jest to dla nas problem - wszyscy po prostu się śmieją. Wtedy czujemy, że ktoś nas po prostu uważa za głupich i że nas lekceważy.

I tak jest dosłownie ze wszytkim. Kontraktor nie odbiera telefonów, elektrykowi nie chce się przyjechać na miejsce, mężczyzna ze sklepu z playwood'em obiecuje nam dobrą jakość po czym sprowadza porysowane i brudne sklejki, mężczyzna, który ma w Bakrang przygotować balustradę od tygodni twerdzi, że jego pracownicy są na urlopach, potem choruje mu dziecko, potem krowa, a na koniec nie odbiera telefonu, a do tego wszystkiego Prakash wciąż nie dostarczył odpowiedniej ilości drewna do stolarni i nas o tym nie informował, bo to przecież nie jest duży problem, że nie ma z czego zrobić drzwi, prawda? I mogłabym tak wymieniać w nieskonczoność, ale nie chcę już nawet pamiętać o tych wszystkich sytuacjach, bo nie mam na to siły.

Stres, który odczuwamy przekracza nasze granice wytrzymałości. Do tego pracujemy siedem dni w tygodniu od rana do wieczora i nawet nie mamy kiedy odpocząć. A w Bakrang nikt nie kwapi się do pomocy. Nawet nauczyciele nie wykazują żadnego zainteresowania, ani troski w stosunku do nowej szkoły. Za to wszyscy planują jaki to ładny i wygodny zrobią sobie pokój nuczycielski w jednym z pomieszczeń. A właśnie, że nie. Figa z makiem! Zbieraliśmy w pocie czoła pieniądze na sale dla uczniów, którzy od dwóch lat uczą się w opłakanych warunkach. Zapowiedzieliśmy już więc, że nie pozwalamy na zagospodarowanie pomieszczenia i przekształcenia sali lekcyjnej w pokój nauczycielski. Bo to dzieciaki są najważniejsze i to one potrzebują budynku!

Reasumując - naprawdę nie jest lekko. Być może do Polski wrócimy z siwymi czuprynami.
Podczas gdy nasz kontraktor opuścił Bakrang i mimo obietnicy następnego dnia się już więcej nie pojawił, pracownicy rozpoczęli rozwalanie źle wylanej posadzki na tarasie. Swoją drogą, nie przypuszczałam nawet nigdy, że na naszej budowie może dojść do takie sytuacji. Rozwalać coś, co się przed chwilą zbudowało? Ale nie było innego wyjścia, woda nie może cofać się do sal. Tak to właśnie jest, gdy kontaktor obiecuje coś, czego pracownicy nie potrafią wykonać. I oczywiście gdyby to Nepalczyk zlecał budowę - nigdy by na nic nie narzekał, nigdy nie dostrzegał by błędów i brałby wszystko, co mu kontraktor daje, bez względu na jakość. Ale z nami tak to działać nie będzie.


Posadzka została zatem rozwalona i czekala na ponowne wylanie. Tymczasem cały budynek został otynkowany z zewnątrz.
Niestety nie sprzyja nam pogoda - potężne upały popołudniami przynoszą krótkotrwałe, ale równie potężne deszcze z gradem, które już trzykrotnie zmywały nam świeże tynki z zewnętrznych ścian. A wtedy oczywiście wszystko trzeba zaczynać od nowa, wszystko trzeba poprawiać i nic już nie jest tak ładne, jak za pierwszym razem. Do tego niemal codziennie brakuje prądu (ostatnio nie było go przez calutkie pięć dni), a w powietrzu unosi się wilgoć, która nie pozwala na efektywne schnięcie ścian. Kilka wewnętrznych jest wciąż niestety mokrych.

Co chyba dla nas najgorsze - czas ucieka bardzo szybko, a przez wszystkie opóźnienia, które miały miejsce na budowie przez ostatnich 6 miesięcy - dziś wiemy już, że nie uda nam się wymalować szkoły przed naszym powrotem do Polski. A na pewno nie całej. Wciąż jeszcze nie mogę tego przeboleć, bo zostawienie w pełni wykończonej szkoły było moim ogromnym marzeniem. Tam gdzie szkoła będzie niewymalowana, tam nie uda się założyć gniazdek, lamp i naszych plakatów przywiezionych z Polski. I nie uda się przed wylotem zobaczyć ładnego, kolorowego, wykończonego budynku, z równie kolorowymi ławkami. Serce mi się kraja, ale przecież walczymy o tę szkołę niemal od dwóch lat tak silnie, jak tylko potrafimy. Włożyliśmy w nią całą naszą energię. Ale głową muru rozbić nie możemy. Tak to już jest na budowach.
Oficjalne otwarcie szkoły odbędzie się 3 czerwca. Do Nepalu przylatują darczyńcy i goście z Polski specjalnie na tę okazję. Chcą na własne oczy zobaczyć naszą szkołę. Budynek nie bedzie ukonczony, ale oficjalne otwarcie nalezy zrobic :)

Tymczasem nasi pracownicy zbliżali się do ukończenia wszystkich swoich obowiązków przy budowie szkoły. W całości wytynkowany budynek prezentuje się dużo lepiej. Oczywiście co kawałek bez problemu odnaleźć można uszkodzone przez pracowników narożniki, ale jaki Nepalczyk by się tym martwił? Wszyscy twierdzą, jak zwykle zresztą, że nie ma problemu i na koniec naprawią błędy. Ale ja się pytam, ile można naprawiać?
Tak czy inaczej - do wytynkowania została już tylko jedna ściana w pomieszczeniu pod schodami, które zostanie zagospodarowane na schowek dla szkoły. Ale to już kwestia może dwóch godzin pracy.

Posadzki też już zostały wylane, na werandzie (tak, tej nieszczęsnej, z błędami, którą musieliśmy zrywać) i na schodach brakuje już tylko nawierzchniowego ich wykończenia. Do tego pracownicy muszą jeszcze naprawić błędy, które popełnili na dachu, tak, aby przykryć wylewką wgłębiania, które niewiadomo jakim cudem uprzednio zrobili. I to by było w zasadzie tyle. 16 maja upływa termin zakończenia budowy, na którą podpisaliśmy umowę z kontraktorem. I choć w to do końca nie wierzyliśmy, wygląda na to, iż faktycznie się wyrobi. Czujemy jednak, iż z czasowym przygotowaniem drzwi i okien mu nie wyjdzie, bo jak dotąd w szkole mamy same ramy.


Oczywiście kontraktor w dalszym ciągu nie pojawia się w Bakrang i budową w ogóle się nie interesuje. Ale przecież w Nepalu w standardzie dostaje się zwodzenie za nos. Nawet nie jesteśmy już pewni, czy chcemy kontynuować z nim współpracę przy malowaniu szkoły. Bo chyba mamy już dosyć tej wiecznej przepychanki i cągłego obiecywania bez pokrycia.  Może lepiej będzie zatrudnić inną firmę?

Oczywiście nasz kontraktor nie jest pierwszy ani ostatni. I z kimś innym może wcale nie  być lepiej. Bo w Nepalu na każdym kroku z pozoru poważni ludzie zachowują się niepoważnie. Przykład? Od tygodni próbowaliśmy ściągnąć do Bakrang firmę przygotowującą balustrady. Oczywiście pracownikom ciągle było "nie po drodze" i ciągle "coś im ważnego wyskakiwało", ale w końcu do nas dotarli. Umówiliśmy się na rozpoczęcie pracy następnego dnia. Miały przyjehać rury i trzech pracowników. W tym celu specjalnie załatwiliśmy transport. Oczywiście od razu firma chciała od nas grubą zaliczkę za wykonanie przyszłej pracy (śmiechu warte), ale obeszli się smakiem.

Następnego dnia przyjechały co prawda rury, ale pracowników nikt nie widział. Bo musieli pilnie wyjechać do innego miasta. I nie raczyli nas nawet poinformować. Po co, prawda? Obiecali więc, że przyjadą za dwa dni. Ku naszemu zdziwieniu faktycznie przyjechali, we dwójkę, i od razu zabrali się do pracy. Mieli wrócić następnego dnia (bo na przygotowanie balustrad na schodach i werandzie szkoły potrzebują aż siedmiu dni), ale przez kolejny tydzień nikt z nas ich nie widział. I nie słyszał! Bo mimo moich kilkudziesięciu telefonów dziennie - pracownicy nie odbierają. Poprosiłam więc Prakasha, aby to on zadzwonił, bo jego numeru jeszcze przecież nie znają. I co? Odebrali po pierwszym sygnale. Speszeni, że dzwoni ktoś z Bakrang, w którym przecież mają robotę. Wymyślili więc coś o zepsutym motocyklu, powiedzieli, że przyjadą "jutro", po czym telefony od Prakasha też przestali odbierać... Szczerze mówiąc nie wiem, jak ja tutaj jeszcze funkcjonuję. Jesteśmy bardzo blisko granicy wyczerpania.

A co z naszym cudownym elektrykiem? Nie przyjeżdża od tak dawna, że za chwilę chyba zapomnę jak wygląda. Od tygodnia w Nepalu trwały przygotowania do wyborów (liczne parady, demonstracje przynależności politycznej, huczne zabawy) i w świadomości Nepalczyków w świetle wyborów wszystko przestaje być waże. A więc także i nasza szkoła! A co tam, że elektryka nie jest zrobiona. Szkoła nie zając, nie ucieknie. Dla elektryka imprezowanie z okazji wyborów jest ważniejsze niż chociażby wykonanie do nas jednego telefonu. Tak żeby chociaż dla pozoru umówić się na jakiś termin. A gdyby już nawet nie wykonanie telefonu, to jego odebranie, kiedy próbuję się usilnie dodzwonić. Ale nie, nic z tego. W kółko ta sama sytuacja.

Jedyne, co mogę przy tej okazji pochwalić, to zaangażowanie Nepalczyków w wybory. W Polsce chyba nigdy nie widziałam, aby były one dla kogokolwiek tak ważne. W naszym Bakrangu (w szkole tymczasowej) od kilku dni również stacjonuje lokal wyborczy (chroniony zresztą przez dzieisęciu policjantów - bo ponoć podczas wyborów zdarzają się niekiedy bójki). I jeszcze w naszej wiosce nie widziłam tylu nowych twarzy. Nawet jeśli ktoś mieszka na drugim końcu Nepalu - przemierza kilometry, aby być na wyborach w swoim okręgu. Tutaj aż 80% populacji oddaje swój głos! Kłaniam się nisko - w tej kwestii powinniśmy brać przkład z Nepalczyków!




Reasumując jeszcze na chwilę nasz potencjalny problem z wykończeniem szkoły - choć jesteśmy wykończeni, to od kilku dni myślimy, co zrobić, aby przedłużyć swoje wizy. Aby móc zostać jeszcze miesiąc dłużej i dopiąć wszystko na ostatni guzik. Pozamykać wszystke tematy i zobaczyć, jak szkoła, o którą tak zawzięcie walczymy od dwóch lat, wygląda po całkowitym wykończeniu. Aby przez chwilę być z niej dumnym.
8 czerwca przekroczymy 150-dniową możliwość pobytu w Nepalu. I choć już raz przechodziliśmy procedurę przedłużenia wizy (co było szalenie skomplikowane i udało się przysłowiowym psim swędem), to jednak znów próbujemy. Czasem myślę, że jesteśmy jednak szaleni, bo chcemy przecież być już w domu i odpocząć od wszelkiej budowy. Tymczasem uruchomiliśmy machinę - szkoła pisze dla nas list, dzięki któremu za dwa dni powinniśmy otrzymać rekomentację z Dystryktu Edukacji w Gorkha. Potem wszystko w rękach wielu urzędników różnej maści z Kathmandu. Zobaczymy co los przyniesie.

Jedno jest pewne - jeśli poświęcimy jeszcze miesiąc, na pewno wykończymy wszystko tak, jak powinno być wykończone. Szkoła zostanie ładnie pomalowana (przynajmniej jak na możliwości nepalskie), w szkole zostaną wstawione okna i drzwi, elektryka będzie porządnie wykonana, wstawimy kolorowe ławki, a na ścinach zawisną kolaże. Jeśli zostaniemy zmuszeni do wyjazdu i zostawimy szkołę w rękach Nepalczyków, nigdy nie możemy być pewni czy zrobią to, o co ich prosimy (chociaż oczywiście wszystko nam obiecają, ale my już znamy te obietnice bez pokrycia). A nawet jeśli zrobią, to nie wiadomo w jaki sposób. Zapewne jednak w taki, że lepej tego nie widzieć - będzie krzywo, będzie nierówno, będzie brudno. Powiedzmy sobie szczerze - szkoła wygląda tak, jak wygląda tylko dlatego, że pilnujemy wszystkich i to na każdym kroku. I najlepiej by było, gdybyśmy tutaj zostali do jej całkowitego wykończenia. Daltego trzymajcie kciuki, oby urzędnicy byli łaskawi.

Biorac pod uwage, iz dostep do Internetu w Nepalu jest ograniczony, a na wizyty w miescie brakuje nam czasu - dopisuje wiesci z ostatniej chwili! Wczoraj (17.05) pozegnalismy naszych pracownikow. Z konstukcyjnego punktu widzenia bydynek zostal ukonczony. Z pracownikami spedzilismy ostatnie pol roku naszego zycia, wiec na koniec bylo nieco wzruszajaco. To naprawde swietne chlopaki o dobrych sercach.
Obecnie czekamy na malarzy, ktorzy jutro maja pojawic sie w Bakrang. Potrzebuja 25 dni na wymalowanie calego budynku. Niestety mamy niemaly problem z farbami., poniewaz najwiekszy sklep w Gorkha od dlugiego czasu nie potrafi zrealizowac naszego zamowienia. Naprawde wiele juz tutaj widzialam, ale tak niekompetentnych pracownikow chyba jeszcze nigdy...
W niedziele za to jedziemy do Kathmandu, aby zalatwiac przedluzenie wiz i odebrac z lotniska duza reprezentacje z Polski. Do Nepalu na otwarcie szkoly przylatuje trojka najwiekszych darczyncow naszego projektu!

Na koniec jeszcze ciekawa nowinka - trzy dni w Nepalu spędziła z nami ekipa telewizyjna z Polski, która realizowała program dokumentalny na temat naszej pracy! To była naprawdę ciekawa przygoda. Dziękujemy za wsparcie i wszystkie miłe słowa!

PS2. 14 kwietnia w Nepalu obchodziliśmy pierwszy dzień nowego roku 2074! Z tej okazji wszystkiego najlepszego!
PS2. 25 kwietnia obchodziliśmy także drugą rocznicę smutnego wydarzenia, jakim było trzęsienie ziemi z 2015 roku. To niewiarygodne, że minęły już dwa lata. Nepalczycy co prawda w ogóle nie wspominają trzęsienia i nie mają poczucia, iż kolejne rocznice stanowią jakiś ważny element. Dla nas są one jednak bardzo istotne. Bowiem to ze względu na trzęsienie ziemi dwa ostatnie lata naszego życia lawirują w zasadzie tylko i wyłącznie wokół Nepalu! I tej części życia na pewno już nigdy nie zapomnimy.
PS3. W centralnym miejscu, nad wejściem do szkoły wmurowaliśmy cegły z dedykacjami od darczyńców z Polakpotrafi.pl. Gdy tylko wrócimy do Polski przekażemy Wam zdjęcia i nagrania :)



Serdeczne pozdrowienia z Bakrang!